AFRYKA POŁUDNIOWA LATEM CZYLI ZIMĄ

Afryka dla gangu Mereczonthego to nie była kwestia czy, a jedynie kiedy. Jako że Czarny Ląd od zawsze rozpalał podróżniczą wyobraźnię Europejczyków (czyli naszą też 😉 ), to w końcu postanowiliśmy – ruszamy pierwszego dnia lata! No właśnie… 22 czerwca u nas zaczyna się lato, a na południu Afryki… zima! Czy dobrze zrobiliśmy?

Fotogeniczna żyrafa uchwycona w Parku Narodowym Krugera na granicy RPA i Mozambiku.

Ile zebr jest na tym zdjęciu? Podobno trzeba policzyć nogi, ale to wcale nie ułatwia sprawy 😉

 

Bardzo dobrze zrobiliśmy! Po pierwsze dlatego, że temperatura w dzień w granicach dwudziestu stopni to dla nas ideał – rześko i bez upału. A rano i wieczorem? No cóż… ubranie na cebulkę i gra gitara! Zresztą też zależy, gdzie się w tej Afryce wyląduje…

 

No i jak tu spać o szóstej nad ranem, gdy tyle ciekawych istot porusza się zaledwie kilkadziesiąt metrów od nas… Buckler’s Africa Lodge, Brama Crocodile River Bridge do Parku Narodowego Krugera, granica Republiki Południowej Afryki i Mozambiku

.

Myśmy wylądowali (dosłownie) w Johannesburgu, gdzie jest chłodniej (w końcu miasto leży na wysokości 1700 m n.p.m.), a potem pognaliśmy na północny wschód do Parku Krugera na granicy z Mozambikiem, gdzie dość wyraźnie odczuwa się ciepłe wpływy Oceanu Indyjskiego. Tutaj, owszem, nad ranem bez kurtki się nie obędzie, ale w dzień – 25 stopni i więcej, więc świetnie. No i  słońce non stop. Pora sucha, czyli zero opadów i chmur – to kolejny argument, żeby wybrać się tu właśnie o tej porze roku. O kolejnych argumentach już za chwilę, a teraz słów kilka o tym gdzieśmy byli i cośmy robili…

Johannesburg, jeden z licznych murali w okolicach Neighbourgoods Market

Nie wiedzieliśmy wcześniej, czy bardziej obawiamy się, że nas lew zje w tej Afryce (i to nie metaforycznie, po tym gdy przeczytaliśmy, co się przydarzyło montażystce „Gry o tron”), czy raczej w Johannesburgu wyjaśni się, dlaczego najbardziej popularnym napisem na pamiątkowym t-shircie jest „I was shot in Joburg”. No i co się okazało? Cóż, ani nas lew nie zjadł, ani nikt nie postrzelił. Z jednej strony byliśmy ostrożni, z drugiej nie taki diabeł straszny… Niemniej, zanim tak naprawdę ruszyliśmy w miasto, to żeby „oswoić klimat”, pojechaliśmy na wycieczkę w teren. Wcześniej już się zresztą nakręciliśmy na wizytę w miejscu, które nie bezpodstawnie nazywa się…

Kolebka Ludzkości!  A jest to miejsce, w gruncie rzeczy w szczerym polu – jakieś 50 kilometrów na północny zachód od Johannesburga, gdzie wśród wzgórz, w kilkudziesięciu jaskiniach, odkryto najstarsze na planecie szczątki praludzi, a konkretnie Australopithecusa sprzed ok. 3,5 miliona lat. A że oprócz tego najstarszego, odkryto tam też kilkadziesiąt innych, UNESCO wciągnęło Maropeng na listę światowego dziedzictwa. Wmieszani w liczne lokalne wycieczki szkolne, zwiedziliśmy trochę dziwnie muzeum w kształcie góry (gdzie zobaczyć można i oryginalne szczątki australopiteków, i rekonstrukcje, i poglądowe wystawy doświadczalno-edukacyjne w stylu naszego Centrum Nauki Kopernik, a nawet przepłynąć się w podziemiach dziwnymi okrągłymi łódkami po sztucznej rzece). Muzeum spoko, ale nam bardziej podobała się przebieżka po jaskiniach Sterkfontein kilkanaście kilometrów dalej, gdzie odkryto pierwszych okolicznych australopiteków.

.

 

 

Przy okazji wycieczki do Kolebki Ludzkości zobaczyliśmy po drodze… Afrykę nareszcie! Te płowe trawy, czerwona gleba i skały, pożar sawanny, pierwsze dzikie afrykańskie zwierzęta w przydrożnych rezerwatach – o tym wszystkim czytajcie w osobnym artykule o naszych przypadkach w Kolebce Ludzkości. Polecamy też powyższy filmik.

 

 

Muzeum Cradle of Humankind (Kolebka Ludzkości) zasnute dymem palonych traw, Republika Południowej Afryki

Mały odpoczynek po wyjściu z jaskiń Sterkfontein, Cradle of Humankind (Kolebka Ludzkości), Republika Południowej Afryki

 

Krajoznawcza wycieczka z misją oswajania Afryki powiodła się do tego stopnia, że jeszcze tego samego wieczora, niepomni wcześniejszych obaw, z premedytacją wjechaliśmy w sam środek…

Pomiędzy tymi kominami rozpięta jest instalacja do bungee jumpingu, Orlando Towers w Soweto, Johannesburg

 

Soweto! To legendarna podmiejska dzielnia Johannesburga zamieszkała historycznie przez Czarnych, głównie rodzin i potomków robotników z licznych okolicznych kopalni złota. To tutaj miało miejsce anty-apartheidowe powstanie, które po latach przyniosło wymarzone równouprawnienie. Klimat Soweto o zmierzchu, gdzie mnóstwo ludzi akurat albo wraca z pracy, albo po prostu kręci się towarzysko, jest niesamowity – i przez niego właśnie sunęliśmy do rzeczy niesłychanie wręcz industrialnie intrygującej, a mianowicie do dwóch wież Orlando Towers, o których więcej opowiemy w artykule o Johannesburgu, teraz tylko – dla zaostrzenia apetytu – także na filmik o J’oburgu, gdzie je widać  – powiemy, że to największe murale, jakie widzieliśmy ever!
.

.
A nazajutrz zrobiliśmy sobie, już niemal zupełnie wyluzowani, tour de Johannesburg, zaglądając ponownie do Soweto, gdzie zwiedziliśmy solidnie najmniejsze narodowe muzeum świata (Mandela House). Ale też do centrum, gdzie wzięliśmy na ząb niesamowicie smaczny kąsek (dosłownie i w przenośni), czyli cosobotni jedzeniowy festiwal Neighbourgood Market w artystycznej dzielnicy Braamfontein. Mniam mniam!

Przez Nelson Mandela Bridge skoczyliśmy następnie do Nelson Mandela Squere (z tym genialnym noblistą jest w RPA trochę tak, jak u nas z JP2, co rusz coś nazwano jego imieniem, albo i pomnik postawiono, ale słusznie, bo zasłużył!:) Zajechaliśmy także na Gold Reef Rd, gdzie obok siebie w przedziwnej symbiozie funkcjonują absolutnie poważne i niezwykle interaktywne Apartheid Museum (wg Tripadvisora nr 1 wśród atrakcji Johannesburga) oraz zamieniona na park rozrywki najprawdziwsza kopalnia złota z szybami górniczymi i w ogóle. A że widzieliśmy po drodze Soccer City oraz jedyne w swoim rodzaju (może wyjąwszy brazylijskie fawele) Shanty Town, czyli rozległe osiedla blaszanych szałasów i bud skleconych z czego się da o unikalnym socjo-kolorycie, to można powiedzieć, że jeśli chodzi o Johannesburg, to ogarnięty! 🙂

 

Ale to była dopiero rozgrzewka, bo prawdziwa przygoda zaczęła się nazajutrz, w miejscu, które jak świat długi i szeroki, słynie z dzikich zwierząt, czyli…

Tę małą zeberkę tak naprawdę dostrzegłam dopiero przeglądając zdjęcia. Park Narodowy Krugera, Republika Południowej Afryki

Park Narodowy Krugera! To mekka dla fanów samodzielnych safari, bo cały gigantyczny teren parku (a mówimy tu o terenie o powierzchni – bagatela – 20 tysięcy kilometrów kwadratowych i długości 360 kilometrów). Ledwośmy tam o poranku wjechali, a już otoczyly nas antylopy gnu i impale, co nas podekscytowało niemożebnie, ale nieco przybladło kilka minut później, gdy z przydrożnych krzaków wyszły… słonie! A po chwili już krzyczeliśmy: żyrafy!, a po chwili: zebry!, a po chwili… Dwa bite dni jeździliśmy po drogach Krugera i przygód i przeżyć mieliśmy tyle, że starczyło z nawiązką na osobny artykuł. COMING SOON

A taka niespodzianka spotkała nas już na sam koniec wycieczki po Krugerze – wielka słoniowa rodzina. Park Narodowy Krugera, RPA

Trzy noce z kolei mieszkaliśmy nie w samym Parku Krugera, ale na terenie rezerwatów przyrody Balule Game Reserve do niego przyległych (bez ogrodzeń). Zresztą i dom, który wynajęliśmy na brzegu rzeki Olifants ogrodzeń nie miał, więc i tu się z fauną brataliśmy. Oj, jest o czym pisać (dla nas) i czytać (dla was), a póki co polecamy kilka zdjęć i nasz filmik!

Na drugim brzegu rzeki działo się, oj działo. Balule Nature Reserve, Maninghi Lodge, Republika Południowej Afryki

Balule Nature Reserve. Chwila przerwy na poranną kawę.

Balule Nature Reserve. Republika Południowej Afryki

Wracając znad granicy z Mozambikiem mieliśmy jeszcze ciekawą przygodę w masywie górskim Blyde River Valley, czemu też niewątpliwie wkrótce damy wyraz.

Formacje skalne Bourke’s Luck Potholes, Blyde River, Republika Południowej Afryki

Formacje skalne Bourke’s Luck Potholes, Blyde River, Republika Południowej Afryki

A oto mapka naszej podróży:

.

.

 

Praktycznie

Wizy do RPA – nie są nam potrzebne, ale – jadąc z dziećmi – MUSICIE MIEĆ przetłumaczone przysięgle PEŁNE AKTY URODZENIA każdej pociechy – bez tego granicy z RPA nie przekroczycie! Nie jest to droga rzecz, ale potrzeba się trochę pokrzątać i trochę trwa. Nam sprawdzono przetłumaczone certyfikaty już na lotnisku w Warszawie, a po przylocie również na kontroli paszportów w johannesburgu.
SZCZEPIENIA – zaleca się, ale obowiązkowe nie są. Myśmy mieli pakiet szczepień jeszcze częściowo aktywny po wyprawie do azji, odnowiliśmy tylko sobie wypadek dur brzuszny, a na miejscu okazało się, że niepotrzebnie, bo w rpa żywność można jeść bez obaw, także owoce i warzywa, wodę z kranu też można pić. malaria występuje wyłącznie w północno-wschodniej części kraju, ale w zimie praktycznie komarów nie ma – my nie widzieliśmy ani jednego! – więc luz. Jak afryka z dziećmi, to afryka południowa!

 

 

 

 

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego

3 komentarze

Kasia

Moje marzenie… Mam nadzieję, ze się w końcu wybierzemy. Oswoiliście też dla mnie nieco RPA – wcześniej myślałam tylko w kategoriach – wylądować i jechać zaraz do Namibii. 🙂 Pozdrawiam i mam nadzieję, zanim kupimy bilety, będzie więcej wpisów 🙂 Samochód, noclegi itp – będę podpytywać 🙂

mereczonthego

Jasne, niebawem będziemy publikować więcej, a jakbyś miała jakieś konkretne pytania to pisz do nas 🙂 Na You Tubie pojawiają się już nasze filmiki z RPA, więc również zapraszamy.

Magda

To jest przygoda 🙂 Jakoś ten kierunek nigdy mnie nie kręcił ale oglądając Wasze zdjęcia muszę to zmienić. Moje dziewczynki byłyby zachwycone a ja równie jak one.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *