Bruksela: od Atomium do Z

To się czasem zdarza, że jedziemy gdzieś wyposażeni w zestaw wyobrażeń, a wracamy z zestawem wrażeń od wyobrażeń odmiennych. Weźmy tę tytułową Brukselę. Musimy się przyznać, że przed wyjazdem nasze skojarzenia z Brukselą ograniczały się zasadniczo do tego, że mają tam siedzibę instytucje Unii Europejskiej, no i może jeszcze pomnik siusiającego chłopczyka. A!, i że jeszcze ta cała belgijska czekolada. No i co się okazało? Że chłopczyk, i owszem, jest, tyle że nie dość, że tak z pięć razy mniejszy, niż myśleliśmy, to jeszcze ubrany w jakiś czerwony dres (zobaczcie na filmiku tu;). Czekolada – to się zgodziło – odgrywa w krajobrazie miasta wyraźną rolę – ot, choćby ten mijany przez nas codziennie dwumetrowy czekoladowy orangutan siedzący w oknie jednej z czekoladziarni na placu Sablon. Jeśli zaś chodzi o europejskie instytucje, to żeby je zobaczyć, trzeba ich sobie poszukać. Za to odkryliśmy tyle nieoczekiwanego, że – pomyśleliśmy – można by z tego ułożyć cały alfabet… Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy! Uwaga klasyk! – Bruksela od A do Z! (choć akurat to “Z” jest może troszkę naciągane;)

 

A jak Atomium. A co tam, przyznamy się – nie wiedzieliśmy o Atomium. Sami nie mamy pojęcia, jak wizerunek tej niezwykłej konstrukcji mógł nam wcześniej umknąć. Bo przecież wystarczy wpisać w googla: „najcharakterystyczniejsze budowle świata” i w trybie graficznym od razu obok wieży Eiffela, Taj Mahal, piramid czy Big Bena pojawia się błyszczący stalą i chromem ponadstumetrowej wysokości model kryształu żelaza. Można do niego wejść, jeździć po nim schodami ruchomymi, podziwiać panoramę Brukseli i w ogóle napawać się geniuszem architektonicznym tego pochodzącego z 1958 roku „symbolu ery atomu”. Absolutnie koniecznie i nieodwołalnie bezwzględnie trzeba do Atomium pojechać (z centrum niebieską linią metra (nr 6) do stacji Heysel, stamtąd rzut beretem. Generalnie ciary!

 

Bruksela. Atomium. Już z oddali patrzyliśmy i buzie nam się otwierały z wrażenia. A wyobraźcie sobie jak to imponowało w latach 50-tych!

 

 

B jak Brussels Card. Wiadomo, karta miejska dla każdego poszukiwacza urbanistycznych przygód i wrażeń to rzecz niezbędna! A ta Brukselska jest absolutnie satysfakcjonująca – oferuje nieograniczone śmiganie wszelkimi środkami transportu miejskiego (a za dodatkową dopłatą €12 także autobusami Hop On Hop Off), ale przede wszystkim całkowicie darmowy wstęp do najciekawszych 39 muzeów i innych wartych odwiedzenia miejsc. Plus liczne zniżki w wybranych sklepach i restauracjach. Jest ładna, czerwona i kosztuje od 24€ za 24 godziny, 32€ za 48h i 39€ za 72h. Dostępna także w wersji aplikacji na telefon z QR kodem.

 

C jak Czekolada. No wiadomo, jak czekolada, to belgijska (no chyba, że szwajcarska, ale przecież dzisiaj nie o tym). Dlaczego akurat Belgowie zasmakowali w czekoladzie? Dlatego, że akurat Belgowie zabrali się za uprawę kakaowców na rozległych przestrzeniach swoich kolonii w Kongo, no i mając dostęp do tego rarytasu, w czekoladzie się rozsmakowali. Ale właściwie powinniśmy mówić nie tyle o belgijskiej czekoladzie, co o belgijskich pralinach, bo w tym się brukselskie czekoladziarnie już na początku XX wieku wyspecjalizowały. No i są tych pralin w brukselskich witrynach dosłownie całe góry! My zresztą od razu do pierwszej lepszej czekoladziarni wparowaliśmy i kilkanaście różnych rodzajów skosztowaliśmy. Yammy! A później poszliśmy do Choco-Story, czyli Musee du Cacao et du Chocolat, czyli Muzeum Kakao i Czekolady na brukselskiej starówce i dopiero się z czekoladą zbrataliśmy! Już wiemy, jak się robi czekoladę mleczną, deserową, białą… Jak się nadziewa praliny też wiemy, bo w warsztacie wzięliśmy udział (od takiej sceny zaczyna się zresztą nasz filmik o Brukseli na YT, zobaczcie: tu). Wszystkiego tam można spróbować i organoleptycznie z czekoladą zapoznać! Wspaniałe to muzeum, a najlepszy jest nieustannie płynący strumień gęstej gorącej czekolady, którą można się raczyć do woli! Jak by komu tego było mało, może się w Brukseli wybrać jeszcze w kilka kultowych czekoladowych miejsc, ot, choćby do Chocolate Village.

 

 

D jak dinozaur przed Muséum-Institut Royal des Sciences Naturelles, czyli królewskim muzeum-instytutem nauk przyrodniczych jest wielki, trochę bajkowy, trochę abstrakcyjny, a na pewno bardzo sympatyczny! I zapowiada niezłą zabawę w środku. Nie zawiedliśmy się – ekspozycja dinozaurów przewyższa nawet tę z Londynu (zobacz relację)! A gwoździem programu jest odtworzenie w jednej wielkiej hali dumy belgijskich paleontologów – odkrycie całego pokładu skamieniałych iguanodonów – świetnie zachowanych szkieletów dinozaurów w jednej z kopalni węgla kamiennego w Bernissant w Belgi. Wydarzenie jest zdramatyzowane i interaktywne, i robi naprawdę wrażenie – to jest jak niezły film, emocjonalny i z suspensem! A szkielety są naprawdę w świetnym stanie. Poza tym świetna i jedyna w swoim rodzaju jest ekspozycja poświęcona ewolucji człowieka. Więcej, a nawet wszystko na naturalsciences.be. Ceny w porządku: dorośli 7€, młodzież 4,50€, a dzieci poniżej 6 lat za free, podobnie zresztą jak przezorni posiadacze Brussels Card 😉

 

E jak europejskie instytucje, które w Brukseli są, ale jakoby ich nie było. No bo żeby zobaczyć siedzibę Parlamentu Europejskiego, trzeba wybrać się kilkanaście przystanków tramwajem z centrum. A jak już się tam dojedzie, to koniecznie trzeba wstąpić do Parlamentarium, czyli muzeum Parlamentu Europejskiego. Co fantastyczne, wstęp jest bezpłatny, a ekspozycja rozległa, interesująco przygotowana i interaktywna. Przebojem naszych pociech była ogromna mapa Europy na podłodze, po której przesuwa się takie pulpity z ekranem, na którym wyświetlają się informacje o miejscach, nad którymi pulpit przejeżdża – wciągające! W hallu dostaje się audio-przewodniki – uwaga – także w naszej mowie ojczystej, i uwaga druga – także w specjalnej wersji dla dzieci. Właśnie dzieciom muzeum PE podobało się najbardziej, może też dlatego, że dostały w prezencie worek prezentów, w tym worek 🙂 P.S. Prezenty miały być nagrodami za rozwiązanie europejskich zadań!

 

Bruksela. Parlamentarium. Przy wejściu dzieci dostają książeczkę z zadaniami w języku, który znają. I zabawa się rozpoczyna. Uwaga! Są nagrody!

 

F jak Frytki. Świetne są – pełne smaku, sycące i ze sporym wyborem różnorodnych sosów. Najlepiej smakują te sprzedawane w wyspecjalizowanych frytkarniach w tekturowych tytkach w narodowych barwach Belgi, czyli żółto-czarno-czerwonych. Bo frytki to belgijskie dobro narodowe! I wbrew angielskiej nazwie („french fries”), to nie Francuzi a Belgowie frytki wymyślili, podobno już w XV wieku. Belgijskie frytki są grube (ponad 1 cm) i smażone dwukrotnie w różnych temperaturach. Dobre frytkarnie są oblężone od rana do wieczora, ale warto swoje odczekać, żeby tego rarytasu spróbować. Niebo w gębie dla fast-foodowców i nie tylko 🙂

 

G jak Gofry. Pomysł, żeby ciasto wlać w żelazną kratkowaną prasę powstał właśnie tu i to już w pierwszej połowie XIX, i choć wielką karierę gofry zrobiły przede wszystkim dlatego, że pokochali je i rozpropagowali Amerykanie (w Stanach gofry to właśnie „Belgian waffers”). Brukselskie gofry są super, podawane w klasycznej wersji z bitą śmietaną i truskawkami, ale karierę zrobiły też okrągławe gofry z Liège, także do nabycia w Brukseli. A zdecydowanie każdy najpierw powinien spróbować klasycznych belgijskich gofrów z samochodu, najlepiej bez niczego! Py-cho-ta!

Bruksela. Belgijskie gofry można kupić w charakterystycznych żółtych samochodach. I te właśnie chyba są najpyszniejsze. Mmm – karmelowe.

 

H jak Hôtel de Ville czyli gotycki Ratusz Miejski w Brukseli, a nie żaden hotel. Rzecz jest bardzo wiekowa i zacna, bo z pierwszej połowy XV wieku, a strzelista, niemal stumetrowa wieża ratusza jest dla brukselskiej starówki znakomitym punktem orientacyjnym. Nie da się zresztą z tego powodu Ratusza zignorować, bo zewsząd go widać. W nocy strzelista wieża jest fantastycznie oświetlona. Pewnego wieczora stanęliśmy jak wryci, bo wieża zapaliła się na krwisto-czerwono. Surrealizm in action! Przepiękną ma Ratusz fasadę, nieco niesymetryczną i bardzo bogato zdobioną. Za to chyba nie da się go zwiedzać, nam się przynajmniej nie udało odkryć wejścia…

 

Bruksela. Wieża ratusza jest tu dla turystów jak latarnia dla żeglarzy. Kurs na ratusz.

 

I jak instrumenty muzyczne w jednym z najciekawszych muzeów, jakie nam było zwiedzić ever! MiM, czyli Musée des Instruments de Musique (co ciekawe, skrót ten również działa w języku angielskim, niderlandzkim, niemieckim i polskim: Muzeum Instrumentów Muzycznych;) ma w zbiorach ponad 9000 przedmiotów służących do melodyjnego lub rytmicznego wydawania dźwięków, i to dosłownie z całego świata. Poza europejskimi, także bardzo bardzo starymi, ludowymi i klasycznymi instrumentami, możemy zobaczyć i posłuchać (dzięki genialnym audiogajdom) instrumentów z Afryki, Australii, Azji i obu Ameryk. Koncertowo skomponowana ekspozycja! A dodatkowym bonusem jest sam budynek zwany Old England – dla niego samego warto byłoby się do MIM wybrać. Jest to mianowicie jeden z najpiękniejszych na świecie gmachów zbudowanych w stylu art nouveau. Klejnot z 1899 roku! A w środku działa oryginalna winda w ażurowym przepięknym szybie… Na najwyższej kondygnacji taras z widokiem na panoramę starego miasta.

 

Bruksela. Muzeum Instrumentów Muzycznych. Budynek Old England jest imponujący.

 

J jak Jeanneke Pis, czyli dziewczęca odpowiedź na Manneken Pis, to posążek, a zarazem fontanna znajdująca się nieopodal Grand Place przy ulicy Getrouwheidsgang. Wykonana w 1987 roku przez artystę Denisa-Adriena Debouvrie staje się powoli równie popularna jak jej o niemal czterysta lat starszy kolega.

 

K jak Komiksy. Bruksela jest mekką wielbicieli klasyki komiksu. To tu powstały i Smurfy, i Tintin (o tych piszemy w naszym alfabecie osobno), ale też na przykład Lucky Luke, a z „poważniejszych” – choćby Yans i Thorgal. Postanowiliśmy rozpocząć od MOOF, czyli Museum Of Original Figurines, czyli Muzeum Oryginalnych Figurek, czyli miejsca, gdzie można z bliska-bliziutka obejrzeć ok. 650 figurek bohaterów komiksów. Jest to największa taka kolekcja na świecie.
Centre Belge de la Bande Dessinée czyli Belgijskie Centrum Komiksu od 1989 roku staraniami wielu znawców, autorów i wpływowych wielbicieli komiksu (także z belgijskiego dworu J). Muzeum sprawia znacznie poważniejsze wrażenie niż MOOF. Znajdują się w nim spore archiwum pełne oryginalnych wydań komiksów i biblioteka. Niestety musimy przyznać, że trochę się nam tam nudziło. I nam, i dzieciom, bo muzeum raczej jest dla wielkich fanów komiksu, a nie wesołych rodzinek szukających rozrywki. W Brukseli na komiks można się natknąć wszędzie – jest w licznych sklepach specjalistycznych, jest w księgarniach, ale też na murach, ścianach, kamienicach – w postaci licznych murali przedstawiających komiksowych bohaterów w akcji.

 

Figura Tintina z MOOF. Bruksela.

 

L jak Les Galeries Royales Saint-Hubert. Pomysł, żeby zadaszyć uliczkę kupiecką oczywiście aż tak oryginalny nie jest, nawet przy krakowskim rynku mamy przecież nasz klimatyczny Pasaż Bielaka. Niemniej Les Galeries Royales Saint-Hubert to pasażowa Champions League!  – w szranki może iść na przykład z tym w Mediolanie, no i może jeszcze ten w Neapolu na przykład. Ale ten brukselski się wyróżnia – architektonicznie, bo cały jest konsekwentnie zabudowany arkadami pod szklanym dachem – ale przede wszystkim tym, że cały cudnie pachnie czekoladą! 🙂 Znajdują się tu bowiem czekoladziarnie bodaj wszystkich uznanych brukselskich producentów. Spróbowaliśmy i było bosko.

 

 

M jak Manneken Pis to prawdopodobnie najwdzięczniejszy i najsympatyczniejszy posąg świata! A właściwie posążek, bo wbrew naszym wcześniejszym wyobrażeniom „Siusiający Chłopczyk” (a to właśnie znaczy nazwa) jest malutki – ma raptem 61 cm wysokości, za to siusia na dobre dwa metry 😉 Odlał go z brązu w 1618 roku artysta Hiëronymus Duquesnoy Starszy ku upamiętnieniu lokalnej legendy. A jakiej? A nie ma pewności, bo obecnie na równych prawach opowiada się trzy. Pierwsza pochodzi z XII wieku i opowiada o wojskach dwuletniego lorda czekających na przeciwnika, który nie kwapił się z szarżą. Dowódcy wsadzili swojego lorda do koszyka i zawiesili na drzewie, żeby wroga sprowokować (coś a la gambit Jagiełły z dwoma nagimi mieczami), co się udało nadzwyczajnie, bo chłopczyk bezceremonialnie właśnie w kierunku wroga nasiusiał, wróg zresztą bitwę przegrał. Za tą historią przemawia fakt, że w okolicy stała ponoć wcześniejsza, pochodząca z XIV wieku kamienna figurka siusiającego chłopczyka upamiętniająca tamto wydarzenie. Druga legenda mówi o upamiętnieniu chłopczyka, który siusiając, zgasił w zarodku pożar, który strawiłby miasto, a nie strawił. Trzecia – łącząca wątki obu poprzednich – mówi o sprytnym małym szpiegu, który wyszpiegował niecny plan wysadzenia przez wroga fortyfikacji brukselskich i który siusiając, zgasił lont. Dwie kolejne mówią o ufundowaniu pomnika w celu upamiętnienia happy endu poszukiwań zaginionego dziecka, które, gdy go znaleziono, akurat beztrosko sobie siusiało. Co ciekawe, figurkę się przebiera i to nawet kilka razy w tygodniu. Towarzyszy temu radosna ceremonia, podczas której często przygrywa orkiestra dęta. Przebrania, których od XVII wieku nazbierało się już z tysiąc, można obejrzeć w muzeum miejskim na Wielkim Placu. My pierwszego dnia zobaczyliśmy Manneken Pis w czerwonym stroju piłkarskim, potem był już goluśki.

 

 

N jak niebieskie ludziki, czyli… Smerfy. Wymyślił je i narysował w 1958 roku belgijski artysta zwany Peyo. Maluchy szybko zdobyły serca małych i dużych na całym świecie. W Brukseli można je spotkać w realu 🙂 Najlepiej w opisywanym pod „K” MOOF, gdzie z pietyzmem i humorem odtworzono Wioskę Smerfów. W pobliżu znajduje się zresztą 10-tonowa, 5-metrowa figura Smerfa wskazująca pierwszy na świecie sklep ze Smerfami w Galerii Horta w pobliżu Dworca Centralnego.

 

 

O jak orangutan z czekolady wspomniany we wstępie siedzi sobie w witrynie czekoladziarni przy Place du Grand Sablon. Jest tak niesamowicie uformowany, jakby to on był ciekawy przechodniów 🙂 Za nim, w głębi sklepu znajduje się jedna z najciekawszych czekoladziarni w Brukseli firmowana nazwiskiem Patrick Roger.

 

 

P jak Parc du Cinquantenaire. Właściwie tuż obok centrum Brukseli znajduje się duży park miejski, który powstał w XIX wieku na terenach wcześniej należących do wojska. Niby park jak park, ale ten jest naprawdę fajny, bo nie dość, że ma stare, grube drzewa (najgrubszy jest kasztanowiec o obwodzie pnia ponad 5 metrów!), to jeszcze ma dwa fantastyczne muzea i, co już raczej rzadkie – imponujący łuk triumfalny! 🙂 Dobrze jest tam sobie posiedzieć i odetchnąć „po mieście”, ale koniecznie potem należy odwiedzić muzea znajdujące się w połączonych owym łukiem triumfalnym dwóch halach – w północnej Królewskie Muzeum Sił Zbrojnych i Historii Militarnej, a w południowej Autoworld – jedno z największych i najlepszych muzeów motoryzacyjnych na świecie! Hale zbudowano w XIX wieku, dlatego są takie ładne – zwieńczone ażurowymi metalowo-szklanymi ogromnymi oknami. Pozycja obowiązkowa! (o muzeach piszemy tu pod „S” i „Z”)

 

R jak Renee Magritte. W nadspodziewanie klasycznym gmachu na Placu Królewskim znajduje się największa na świecie kolekcja dzieł artysty spodziewanie nieklasycznego! Ponad 200 obrazów olejnych, rzeźb, malowanych obiektów, fotografii, plakatów reklamowych, a nawet filmów stworzonych ręką mistrza Magritte! Czapki, a właściwie meloniki z głów!

 

S jak Samochody, a raczej samochodowa historia świata, czyli słynny brukselski Autoworld. W stylowej i rozleglej hali na terenie Parku Cinquantenaire (zobaczcie pod „P”) znajduje się muzeum motoryzacji, które każdy szanujący się jej fan mógłby studiować pewnie z tydzień. Fani niemaniakalni i tak powinni sobie zarezerwować kilka godzin, bo oglądać jest co. Od najstarszych modeli z lat 80. XIX wieku, aż do najnowszych bolidów Formuły 1 – wszystkie eksponaty znajdują się na wyciągnięcie ręki, do niektórych nawet można wsiąść, a obok innych choćby i położyć na mięciutkiej wykładzinie, co dzieci, w tym nasze, bez obciachu robiły pod wyrozumiałym wzrokiem obsługi muzeum. Wspaniałe jest całe pachnące metalem i lakierem motoryzacyjne eldorado – gorąco polecamy (także nasz filmik z Brukseli na YT, gdzie można to i owo zobaczyć).

 

T jak Tintin. Postać młodego dziennikarza i poszukiwacza przygód ze sterczącą jak czubek grzywką i białym pieskiem stworzył belgijski artysta, legendarny Georges Remi, który swoje prace podpisywał pseudonimem Hergé. Cykl komiksów “Przygody Tintina” (Les Aventures de Tintin) ukazywał się już od początku lat 30 i łącznie powstało ponad 20 części, które wydano w ponad 200 milionów egzemplarzy w 90 językach! Czad. Całą rodzinką lubimy także ekranizację zeszytu „Tintin i tajemnica jednorożca” w reżyserii Stevena Spielberga. W Brukseli Tintina można spotkać już na dworcu kolejowym i lotnisku w postaci dużych tapet, a później na ścianach miasta na licznych muralach. Natomiast świątyniami dla fanów będą Belgijskie Muzeum Komiksu i MOOF (oba opisujemy powyżej – pod literą „K”). Tintin i jego pies Milou (dla polskich przyjaciół – Miluś) zerkają na nas też z licznych sklepów komiksowych rozsianych po całym mieście. Sławną rakietę Tintina – tak, tę w biało-czerwoną szachownicę – można kupić we wszelkich rozmiarach – od dwucentymetrowego breloczka za 2,5 euro do dwuipółmetrowego kolosa za kila tysięcy.

 

U jak urzędowe języki, które obowiązują w Belgii dwa – francuski i niderlandzki. I to na równych prawach, więc wszelkie nazwy są wszędzie podawane w dwóch językach. A że my nie do końca sobie z tej zasadniczej i ściśle przestrzeganej dwujęzyczności zdawaliśmy sprawę, więc na początku nie widzieliśmy na przykład, że taki Bruxelles-Midi i Brussel-Zuid to jeden i ten sam dworzec kolejowy, przez co nieomal wpadliśmy w tarapaty. No ale szybko się pokumaliśmy i dalej już z wyrozumiałością porównywaliśmy nazwy, żeby unikać lingwistycznych wpadek. Co ciekawe, o ile prawdziwych Francuzów w całej Belgii mieszka ok. 1,1%, a Holendrów 0,97%, za to mówiących po francusku Walonów jest już czterdzieści kilka procent , a mówiących po niderlandzku (czyli w belgijskiej odmianie holenderskiego) Flamandów – ponad pięćdziesiąt. W samej Brukseli proporcje są nieco inne: większość mówi tu po francusku (ponad 80%), a po niderlandzku (niecała) reszta. Zdanie „Ciekawa jest ta dwuzjęzyczność” część Belgów powie „Deze tweetaligheid is interesant” a inna: „Ce bilinguisme est intéressant”, w praktyce obie wspólnoty nieźle znają oba języki, co jest fajne.

 

W jak Wielki Plac czyli wspaniały brukselski Grand-Place (fr.) / Grote Markt (niderl.) jest dla Brukseli tym, czym Rynek Główny dla Krakowa (choć tak na oko jest od polskiego odpowiednika troszkę mniejszy) – miejscem, wokół którego od początku kręciła się historia miasta. Jest jak magnes – przyciąga coraz to nowe pokolenia podróżników i turystów z całego świata. Każdy tu musi przyjść, żeby zobaczyć wspaniałą architekturę Ratusza i wszystkich kamienic. Kamienice zresztą mają tu bardzo fajne nazwy, bo na przykład jest tu siedemnastowieczny „Dom taczki” (Maison de la Brouette), „Dom worka” (Maison du Sac), „Dom złotego drzewa” (Maison de L’Arbre d’Or), czy „Dom pod hiszpańskim królem” (Maison au Roi d’Espagne). Ale jest też i przewspaniały opisany pod „H” gmach Ratusza. Aha, także i tutaj mają swoje sklepy najznamienitsze belgijskie czekoladziarnie, z czego ze smakiem skorzystaliśmy.

 

Z jak Zbrojnych Sił Królewskie Muzeum. Eee… no właśnie, zamieniliśmy szyk w tłumaczeniu oryginalnej nazwy, żeby nam do „Z” pasowała. Tak… Ale muzeum świetne! Znajduje się we opisanym przez nas pod „P” parku Cinquantenaire vis a vis Autoworldu. Co to za muzeum jest? Baaaaaaczność! Wojskowe! Ale fajne nie tylko dla militarystów, dla dzieci też fajne, bo jest różnorodne, kolorowe, ciekawe. Są tu podwieszone pod sufitem samoloty – od dwupłatowców do F-16, wszędzie jakieś armaty i czołgi, niektóre takie niezgrabiszcza z I wojny, ale też najnowsze. Mogą sobie na przykład dzieci wejść do samolotu i zasiąść za sterami… To w głównej ogromnej sali. W bocznych budynkach także są wciągająco przygotowane ekspozycje ukazujące rzeczy głębiej zanurzone w czasie: zmagania napoleońskie na przykład, czy wręcz i rycerskie. No, ogólnie jest tu wystrzałowo!

 

ATTENTION! WAARSCHUWING! UWAGA! A teraz cały (niemal) ten nasz powyższy brukselski alfabet w formie ruchomych obrazków, z muzyczką i w ogóle – koniecznie obejrzyjcie ten filmik, wystarczy kliknąć tu:

.

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *