Hakone 箱根, czyli Picasso we mgle

.

Po czterech dniach intensywnych wędrówek po największej aglomeracji świata mieliśmy się wyrwać w góry… Nie żeby intensywna miejskość Tokio było przeraźliwie męcząca, skąd!, przecież okazała się bezbrzeżnie urozmaicona i ciekawa (poczytajcie Tokio Story, linki poniżej), no ale sami rozumiecie, strasznie nas korciło, żeby już zobaczyć inne oblicze Japonii. Z kilku rozważanych opcji na jednodniowy wypad (Nikko? Jokohama?), padło na Hakone…

.

 

 

Hakone (箱根) to miejsce szczególnie lubiane przez Tokijczyków (bo blisko), zagranicznych wędrowców (bo można stamtąd zobaczyć Fuji), wielbicieli sztuki (o tym poniżej) i amatorów gorących źródeł (bo gorącymi źródłami Hakone stoi). Ale po kolei…

av5c9985

To chyba najsłynniejszy widoczek z Hakone. Przyznacie, że nie imponuje, ale…

.

Z Tokio do Hakone pojechaliśmy pociągiem. Raniutko pognaliśmy metrem na dworzec kolejowy Tokyo Station, gdzie po krótkich perypetiach związanych z aktywacją naszych biletów JR Pass oraz nabyciu w kiosku na peronie solidnej wałówki (śniadanie już wcześniej postanowiliśmy zjeść właśnie w pociągu, to miał być długi dzień), wskoczyliśmy do shinkansena, który już po niespełna pół godzinie wypuścił nas, najedzonych i zadowolonych, na peron w mieście Odawara. Pierwszy (mniej więcej 80-kilometrowy) odcinek mieliśmy z głowy. Teraz przyszedł czas na pewną improwizację, czyli jak się dostać z Odawary do Hakone…

 

Jako że jesteśmy w czepkach urodzonymi dziećmi losu, od razu podszedł do nas obdarzony darem cierpliwości i znajomością angielskiego młodzieniec z biura informacji turystycznej i już po chwili dostaliśmy dokładnie to, czego nam było trzeba – jednodniowy wariant Hakone Free Pass, czyli całodniowy bilet otwarty na pociągi i autobusy – nie tylko z Odawary tam i z powrotem, ale przede wszystkim dookoła „tam”.

 

„Hakone Free Pass oferowany jest zasadniczo w wersji 2-dniowej i 3-dniowej i umożliwia nieograniczone używanie wybranych środków transportu publicznego w rejonie Hakone, w tym pociągów, autobusów, kojek linowych oraz statków po jeziorze Ashinoko. HFP upoważnia także do atrakcyjnych zniżek w muzeach i wybranych gorących źródłach.  Jak się szczęśliwie okazało, można na stacji Odawara kupić także wariant 1-dniowy, co bardzo nas ucieszyło. Istnieje także Fuji Hakone Pass, który dodatkowo pokrywa rejon Pięciu Jezior w rejonie góry Fuji. Zarówno HFP jak i FHP można kupić na dworcu w Odawarze, ale także w Tokio na dworcu Shinjuku oraz już w samym Hakone – na stacji kolejowej Hakone-Yumoto.

 

av5c9878

.

Z biletami i naręczem wręczonych nam przez młodzieńca ulotek turystycznych zasiedliśmy po kwadransie w wagonie pociągu Hakone Tozan i ruszyliśmy w góry! Jak się szybko okazało – dosłownie, bo pociąg ten przystosowany jest do jazdy pod naprawdę ostrym kątem w górę. Krajobraz za oknem szybko nas podekscytował – lasy, góry, zapowiedź przygody! Po niespełna kwadransie przesiadka na stacji Hakone-Yumoto, tym razem na jeszcze bardziej wyczynowy pociąg górski. Oj, ten to się dopiero piął w górę niczym rącza kozica. Trzywagonowy, czerwony pojazd jechał ostro w górę, przez tunele, po mostkach nad dolinami, wzdłuż ostrych zboczy, bez mała rollercoaster! 🙂 Robiło się coraz bardziej tajemniczo i ciekawie, roślinność zmieniła się na lekko dżunglową, co potęgowały akurat kwitnące w wielkiej obfitości… hortensje!

.

av5c9873

Latem, wszędzie w Hakone kwitną dzikie hortensje. Urokliwie.

.

Hortensje były wszędzie! I wzdłuż linii naszej kolejki, i dalej, w dolinach, na zboczach, całe kobierce! I niech nam jeszcze ktoś powie, że do Japonii nie powinno się jeździć wczesnym latem! Powinno! Dla hortensji w górach Hakone i nie tylko! 🙂 Tak nas ten flower-power zauroczył, że wysiedliśmy nawet na jednej ze stacyjek po drodze (bilet był „open”, to znaczy mogliśmy z pociągów linii Hakone Tozan korzystać na zasadzie hop-on, hop-off, czyli wsiadać i wysiadać do woli, kiedy i gdzie chcemy), żeby sobie wśród tych hortensji pohasać…

 

av5c9864
av5c9861

Gdy wysiedliśmy na jednej ze stacji pośrednich, naszym oczom ukazała się ta bogini.

.

Nadszedł czas, żeby wam w końcu wyjawić główny cel naszej wyprawy do rejonu Hakone. Nie był nim widok góry Fuji – o tym, że o podziwianiu królowej japońskich wulkanów i mowy tego dnia być nie mogło – z powodu zachmurzenia, wiedzieliśmy wcześniej z prognozy pogody. Nie była nim także przejażdżka kolejką linową nad Owakudani, czyli rejonem wokół krateru wulkanu Hakone. To znaczy chętnie byśmy tą kolejką linową się przejechali, to – według relacji tych, co to zrobili – wspaniałe przeżycie, ale już wcześniej dowiedzieliśmy się, że aktywność wulkaniczna, a w szczególności erupcja gazów z krateru spowodowały zamknięcie kolejki ze względów bezpieczeństwa. Nie były nim także legendarne japońskie pampy, czyli niezwykle malownicze „morze” niezwykłych traw na zboczach okolicznych gór. No cóż, o tych pampach zapomnieliśmy, gdy się okazało, że – po pierwsze – takie wspaniale złote, jak na zdjęciach, to one się robią dopiero jesienią, a po drugie – że to musiałaby być cała wielogodzinna wyprawa, a myśmy przecież wieczorem umówiliśmy się w Tokio na grilla z majubuju 🙂 Więc, jeśli nie Fuji, nie Owakudani i nie pampy, to co?

 

Co? Picasso! 🙂 Ha! Owszem, półżartem posłużyliśmy się tu tym rymem, ale też półserio! Bo naprawdę naszym głównym celem i gwoździem programu tego dnia miała być wizyta w Plenerowym Muzeum Sztuki Współczesnej w Hakone, a zwłaszcza placyk zabaw, o którym nasza Malinka marzyła. Zobaczcie sobie na google: hakone playground.  I nas i dzieci te zdjęcia zauroczyły totalnie. Ale żeby dotrzeć na plac zabaw, trzeba najpierw wkroczyć w świat sztuki 😉

.

 

av5c9898

Plenerowe Muzeum Sztuki Współczesnej w Hakone (Open Air Museum in Hakone)

.

I to rzeczywiście jest tak surrealistyczne, jak wygląda – wysokie góry, tak na oko raczej niedostępne, całe spowite całunami mgieł i chmur, jak na rycinach zen, a tu nagle, wśród tych parujących szczytów, nowoczesne, rozległe muzeum? Toż to dzieło sztuki samo w sobie!

 

W przewodnikach, ale też na drogowskazach, rozkładach jazdy i tablicach informacyjnych to nazywa się ono – po japońsku 箱根彫刻の森美術館, czyli Hakone Chōkoku No Mori Bijutsukan, a po angielsku Hakone Open-Air Museum. My dla wygody nazywać go tu będziemy po prostu Plenerowym Muzeum Sztuki Współczesnej, czyli w skrócie PMSW, zgoda?

 

av5c9908

 

No więc, co tutaj, w tych górach, robi owe rozległe PMSW? Cieszy oko i inne zmysły! Jeszcze z pociągu je dostrzegliśmy, gdy za kolejnym ciasnym i zadrzewionym (oraz zahortensjowanym;) zakrętem naszym oczom ukazały się dziwne obiekty wystające ponad drzewa i żywopłoty… Wysiedliśmy kilkaset metrów dalej na stacji Chokokunomori i popędziliśmy do wejścia. Już przed nim było ciekawie, bo Miłka dostrzegła i zaciągnęła nas do bijącego na skwerku gorącego źródełka. O gorących źródłach będziemy gorąco mówić za chwilę, teraz już podchodzimy do kasy. Cieszy, że pani kasjerka sama dostrzega te turystyczne foldery, które nam młodzieniec na stacji wręczył. Sięga po nie, znajduje odpowiednią stronę i wycina kupony zniżkowe! W najlepszych humorach wchodzimy do gmachu-bramy muzeum. PMSW, jak nazwa wskazuje jest plenerowe, więc gros dzieł sztuki znajduje się na bardzo rozległym, wspaniale zakomponowanym obszarze kilkunastu hektarów. Ale wspomniany właśnie gmach-brama, też robi fajne wrażenie, szczególnie sklepik, ale – jak to my – sklepik zostawiamy sobie na koniec. Teraz przechodzimy przez niezwykły tunel i już wkraczamy w świat nieokiełzanej wyobraźni i fantazji artystycznej…

 

Tu przywołamy tylko to, co nas najbardziej poruszyło, a wybór nie jest prosty. Z kilkuset dzieł japońskich i światowych twórców, większość to rzeczy topowe. Dzieci nam wskazują to, co ich zdaniem najfajniejsze… Najpierw wskakują do instalacji „My Sky Hole” japońskiego artysty Bukichi Inoue (1979), która polega na tym, że z jednej strony wchodzi się do jamy, a po przejściu kilkunastu metrów pod ziemią, wychodzi się w rozświetlonej szklanej kostce… Nasze dzieci oczywiście wchodzą do szklanej kostki, a wychodzą jamą, ale i tak strasznie im się to podoba!

 

av5c9905

Hakone. Wejście do instalacji “My Sky Hole”

.

Omijamy teraz w narracji kilkadziesiąt rzeźb i instalacji takich twórców jak Henry Moore, Alexander Calder, Auguste Rodin, Marino Marini, Emile-Antonine Bourdinelle, z jednej strony, czy Takao Tsuchida, Isamu Noguchi, Kyoko Asakura z drugiej, bo drugą rzeczą, przy której się zatrzymujemy na dłużej jest niesamowita instalacja „Curved Space” Petera Pearce’a. To wielowymiarowy labirynt przezroczystych pudełek, przez które można przechodzić, wspinać się, eksplorować. Na nasze nieszczęście, z powodu deszczu zamknięte. Ale i tak dzieciom się podobało. Zobaczcie na naszym filmie o Hakone.

 

Teraz schodzimy w dół, po schodach w jakąś dżunglę, w dżungli osadzony staw, szereg poukrywanych pomostów, a na środku pływa pomarańczowy pocisk… No cóż… Trudno jest to interpretować 🙂 Możemy tylko powiedzieć, że miks zapachów, struktur, dźwięków i tych gór w tle, to mieszanka rozweselająca, strasznie nam się to wszystko podoba…

 

Teraz trochę pod górkę, i – mijając kolejne arcydziała (Rainer Kriester, Seibo Kitamura, Max Bill, Atsushi Imoto, Agustin Cardenas, Churyo Sat, Francesco Messina, Carl Milles) – łapiemy się na watykańskim deja vu, bo wyrasta przed nami „Sfera con Sfera” Arnaldo Pomodoro, taka, jaką widzieliśmy w Ogrodach Watykńskich (okazuje się, że pan Pomodoro zrobił tych sfer kilkanaście; są m.in. w Nowym Jorku, Waszyngtonie, Dublinie, Teheranie, Tel Avivie, San Francisco, ale też właśnie tu – w Hakone!) I powiem wam, że skojarzenie Pomodoro z pomidorem jest jak najbardziej trafne.

.

 

av5c9943 av5c9944

A jakby ktoś był ciekawy, to TU link do filmiku z Watykanu, na którym można zobaczyć siostrzanego “pomidora” (1:46).

.

Idziemy dalej i przez chwilę przeżywamy rozczarowanie dnia – zniknęła instalacja ネットの森 (czyli “Las sieci”) – ten właśnie plac zabaw, który widzieliśmy w internecie i na który bardzo się cieszyliśmy – rozpięta na wielu masztach kolorowa niesamowita pajęczyna lin i siatek, po której można było hasać do woli – raj dla dzieci, a szczególnie dla naszej rozmiłowanej we wspinaczkach Malince! No, ale nie ma. Zdemontowano ją kilka miesięcy temu, po incydencie, w skutek którego chłopak złamał, czy też zwichnął rękę… Mówi się trudno, i idzie się dalej…

.

 

av5c9951

 

Idzie się dalej kilkadziesiąt metrów, po których otwiera się przed nami widok na klejnot w koronie PMSW – Pawilon Picassa! Zebrano tu około trzystu dzieł mistrza Pabla. Fajnie to jest zrobione, na dwóch piętrach oglądamy i zbiór obrazów, rzeźb i instalacji mistrza, i fantastyczne fotografie, które zrobił on sam, i takie które zrobione jemu, a to wszystko jest pomysłowo, harmonijnie ułożone tematycznie i chronologicznie. Zwraca uwagę twórczość i życie mistrza po osiemdziesiątce u boku młodej Jacqueline Roque o boskim profilu.

 

av5c9955

W muzeum w Hakone sporo miejsca zajmuje Picasso.

.

Na kawę, ciastko i loda wpada się zaraz po wyjściu z pawilonu Picassa – w ładnej kawiarence, której największą atrakcją jest gorące źródło. Zasiada się tam i zanurza nogi w gorącej wodzie, co gorąco polecamy 🙂

 

Eksponatem, który wyjątkowo angażuje zwiedzających jest „Rzeźba symfoniczna” francuskiego mistrza witrażu Gabriela Loire. Widzieliśmy kiedyś, zachwycając się szczerze, jego niesamowity niebieski ołtarz z mega witraży w Kościele Pamięci Cesarza Wilhelma w Berlinie. A tu w Hakone stoi jego ogromna instalacja, do której nie dość, że można sobie wejść, to można się na nią wspiąć! 🙂 Rzecz ma kształt wysokiej na kilkanaście metrów wieży, której ściany zrobione są z kolorowych szklanych witraży. Wieża witraży! 🙂 Na środku zainstalowane są kręcone schody, którymi wchodzi się na dach, skąd podziwiać można okolicę. Ponieważ, jako się rzekło, ściany całej wieży zrobione są z kolorowych szklanych witraży, w środku – przez naturalne oświetlenie – panuje niepowtarzalna atmosfera. Jest tam też niesamowita akustyka. Zachwyt nad nią nasze dzieci wyraziły dzikim „koncertem” na trzy gardła. Na szczęście byliśmy wtedy akurat przez chwilę sami…

.

 

av5c9968

 

No właśnie – dzieci! Właściwie całe PMSW w Hakone jest dla nich niczym park rozrywki. Bo i wspomniana instalacja „Curved Space” Petera Pearce’a jest jednym wielkim kosmicznym wieloprzestrzennym labiryntem, z którego dzieci po prostu nie chcą wyjść, tak im się podoba. I kwietny labirynt „Garden of Stars”, i… Właściwie wszystkie instalacje w Hakone mają dla dzieci magiczny klimat obcowania z czymś fascynującym, innym, ciekawym, a gdy jeszcze na dodatek można z tym wejść w interakcje, to już jest zupełne szaleństwo i radocha. Niektóre obiekty mają jawnie charakter surrealistycznej prowokacji dla zmysłów, ot choćby wielkie smażone jajka, na których można sobie usiąść, jak na ławkach… Albo weźmy taką instalację „Szesnaście wirujących prętów” Takamichi Ito z 1969 roku – na to się można patrzeć godzinami, cały czas bojąc się, czy obracające się chromowane rury o siebie zawadzą, czy nie, choć przecież od półwiecza się kręcą i nie zawadzają. No i jest wreszcie rzecz nieplenerowa, bo pod dachem, ale dla dzieci wprost stworzona – „Zig-Zag Świat”. Tu pociechy mogą szaleć do woli wśród miękkich przestrzennych obiektów. I szaleją!

 

Wychodziliśmy z PMSW bardzo zadowoleni, choć głodni. Wprawdzie w muzeum jest i restauracja, i  kawiarnie, ale myśmy sobie już wcześniej, goniąc tu ze stacji kolejowej, wypatrzyli jadłodajnię, zważywszy okoliczności, kuriozalną. Na wejściu widnieje angielski szyld „Woody”, co tłumaczy postać Chudego (po ang. właśnie Woody) i inne zabawki z Toy Story pousadzane to tu, to tam i zachęcające do wejścia. Zjeść tu można i japońskie tempury, i pizzę! Mniam.

 

Późno się już zrobiło, a przed nami jeszcze przecież było grande finale wycieczki – kąpiel w gorących żródłach! Więc szybciorem zjechaliśmy kolejką do Hakone-Yumoto, gdzie na stacji czekał na nas umówiony przez telefon busik, który zawiózł nas do najbardziej w okolicy poważanego onsenu.

 

Onsen to w ogóle jest duży temat na osobny artykuł. Fenomen Japonii. Ze względów i kulturowych (umiłowanie czystości), i geologicznych (gorąca magma tuż pod powierzchnią) kąpiele w gorących źródłach stały się elementem stylu życia Japończyków. A jednym z najbardziej znanych ze wspaniałych onsenów rejonem w Japoni jest właśnie Hakone. Nic więc dziwnego, że jeszcze rano, na stacji w Orowarze, poprosiliśmy młodzieńca o rekomendację. Bez wahania wskazał onsen Hakone Yuryo – pewnie częściowo dlatego, że mieliśmy mało czasu, a ten onsen znajduje się blisko stacji Hakone-Yumoto, a po części dlatego, że jeden z folderów, który nam wręczył zawierał kupon na sporą zniżkę. Tak czy inaczej ten onsen polecany jest także przez japan-guide.com, więc zadzwoniliśmy tam i zarezerwowaliśmy rodzinny domek. Było to o tyle ważne, że goście z małymi dziećmi (do 5 lat) do wspólnego dużego basenu nie wejdą.

W tradycyjnym publicznym Onsenie, kobiety i mężczyźni wchodzą osobno – wszyscy jak ich pan Bóg stworzył. Ale z Miłką doświadczyć tego nie mogliśmy, za to cieszyliśmy się spokojem prywatnej łaźni.

 

Rodzinny onsen w Hakone.

Od przemiłej i wyjątkowo kontaktowej pani w recepcji dostaliśmy ręczniki, szlafroki i przeszliśmy drewnianymi pomostami, przez drewniane pawilony… Trochę było jak w japońskim filmie o samurajach, trochę jak w „Spirited Away” Miyazakiego. No i weszliśmy do naszego domku, gdzie od razu zrzuciliśmy ciuszki i na golasa – taka tradycja – wskoczyliśmy do drewnianego wanno-basenu. Aaaale gorąca jest ta woda! Zajęło solidną chwilę, zanim się do jej temperatury przyzwyczailiśmy. Ale klimat super, bo po pierwsze jak na japońskim filmie, po drugie ten wanno-basen stoi na tarasie pod gołym niebem, wśród drzew i z widokiem na góry. Wspaniale. Po godzinie zebraliśmy się, ładnie pożegnali (w prezencie dostaliśmy zestaw wachlarzy pamiątkowych z logo onsenu Hakone Yuryo, i wliczonym w cenę całego pobytu (ok. 180 zł) busikiem pojechaliśmy na stację.

 

Jednodniowa wyprawa z Tokio do Hakone to wypełnione działaniami i wrażeniami kilkanaście godzin, w trakcie których i pędzi się shinkansenem, pnie przez przepiękne górskie lasy górską kolejką, obcuje intensywnie ze sztuką i doświadcza ulubionego zajęcia Japończyków – wylegiwanie się w gorącej wodzie. To dużo. Ale i mało. Ach, gdybyśmy mieli tych dni dwa?! Rejs po jeziorze Ashinoko, w którym zanurzone są czerwone bramy tori, podziwianie Fujiyamy, włóczęga poprzez pampy (to najlepiej jesienią), niesamowite ponoć wrażenia z przejażdżki kolejką linową nad Owakudani… No i jeszcze to upodobanie do szukania harmonii między sztuki z naturą, które zaowocowało nie tylko PMSW, ale też – wyobraźcie sobie – czterech innych dużych muzeów sztuki w okolicy Hakone, także z plenerami i widokami! Więc gdyby tych dni na Hakone mieć więcej… Ech 🙂

 

Ale co tam, jeszcze tego samego wieczoru siedzieliśmy z majubaju na grillu w tokijskiej Asakusie, a nazajutrz ruszyliśmy do Kyoto… O tym, i pozostałych naszych przygodach w Cesarstwie Japonii czytajcie w poprzednich i kolejnych artykułach:

 

Tokio Story: Asakusa (浅草)

Tokio Story: Shibuya (渋谷)

Tokio Story: Minato (港区) & Ginza (銀座)

Tokio Story: Shiodome (汐留)

Tokio Story: Ueno (上野)

Tokio Story: Odaiba (お台場)

Od metra możliwości, czyli jak jeździć po Tokio. 

Wielki Zegar Ghibli

 

 

 

 

 

 

 

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *