Helsinki z offu: Suomenlinna

Przyjeżdża człowiek zobaczyć te Helsinki, zasięga języka, i co się okazuje? Że największa atrakcja miasta leży… hen za miastem! Że to wyspa dobre pół godziny lodołamiącym promem w głąb Bałtyku. Zresztą sama Suomenlinna zapewne nie przyciągałaby dorocznie setek tysięcy szukających wrażeń miejskich eksploratorów z całego świata, gdyby nie znajdująca się na niej twierdza – takie twierdzenie na temat twierdzy pozwólcie nam zaproponować, a co się okazało? Zapraszamy na relację z wycieczki…

 

Przeprawa promowa na Suomenlinnę okazuje się przygodą samą w sobie. I fajnie, że jest zima, bo mamy taki przedsmak polarny trochę, gdy nasza łajba niczym wytrawny lodołamacz przebija się przez zamarzniętą zatokę Bałtyku. „Nasza” jest ta łajba także dlatego, że jak pokazuje przykręcona tabliczka, prom wyprodukowany został przez Stocznię Marynarki Wojennej w Gdyni! Ha! I ten moment, gdy dziób statku wbija się z chrzęstem i chrobotem w lodową kaszę i sunie dzielnie, lekko drżąc… Ciary! 😉

 

 

Przybiwszy do brzegu, schodzimy na ląd i się okazuje… że jest tu zupełnie normalnie. To znaczy mijamy jakiś, powiedzmy stary, budynek i drugi, ale zaraz wychodzimy centralnie na mały supermarkecik, który zresztą nas strasznie cieszy, bo Malina umiera z pragnienia. Wchodzimy, dwaj czarnoskórzy uśmiechnięci Finowie sprawnie kasują nas za napoje i ciacha, i wychodzimy. Ruszamy w głąb wyspy…

 

 

Idzie się przez pierwszy kilometr asfaltówką pomiędzy chałupami żółtymi, dość niespodziewanymi w sumie bo drewnianymi, z ganeczkami, ze schodkami. A po lewej po chwili ukazuje nam się rzecz spodziewana, bo jeszcze z promu widoczna, a jednak zaskakująca – kościółek z latarnią morską w wieży! Fajny jest, i mruga. Idziemy dalej i dochodzimy do takiego jakby miasteczka ceglano-murowano-drewnianego. Z folderka dowiadujemy się, że to jedno z wielu post-wojskowych osiedli na wyspie, niby nic specjalnego, ale jakieś armaty dziewiętnastowieczne sterczą tu i tam. Idziemy dalej, mijamy drugie takie osiedle, zaglądamy przez dziurę w murze i widzimy po drugiej stronie jakąś najnormalniej w świecie produkującą coś manufakturę, z komina trochę dymi, coś tam robią. Czyli że normalnie ludzie tu mieszkają i pracują. W sumie w porzo, życie.

 

 

Kawałek dalej docieramy do mostku nad kanałkiem i tu się zatrzymujemy: Mama-Merecz z Tośką robią sobie sesję foto na mostku, stopy sobie na tle lodowych kr (jak się odmienia słowo „kry”?) fotografują. Reszta z nas wpada na chwilę do bardzo ładnie zaprojektowanego (ah, ten fiński dizajn;) nowoczesnego gmachu Muzeum Twierdzy Suomenlinna.

 

 

Ruszamy dalej – po drugiej stronie kanałku wspinamy się nieco pod górkę i wkraczamy na teren właściwej Twierdzy Suomenlinna. Na tablicy przed bramą tablica z info, że to przybytek pobłogosławiony przez UNESCO i na ich listę światowego dziedzictwa wciągnięty. Wchodzimy nieco pochyleni, częściowo oczywiście z szacunku do historii, ale przede wszystkim dlatego, że za bramą znajduje się taki tunel – raczej w skale wydrążony, niż zbudowany – niski i nierówny, ale to oczywiście ma ogromny swój urok. Po drugiej stronie wychodzimy w rozświetlony słońcem plac jakiś taki manewrowy, otoczony zabudowaniami dawnych koszarów, tu i ówdzie stare armaty ustawione, jakiś pomnik, idziemy dalej…

 

 

Teren twierdzy właściwej jest rozległy. Droga – ta, którą wybraliśmy, bo jest ich według mapy i oczu, kilka (można na wskroś, można górą, można doliną, bokiem lub zygzakiem, wśród budynków lub przez łąkę) zasadniczo prowadzi na czubek. Chcemy na czubek, bo po pierwsze są tam te słynne zygzakowate, a raczej gwieździste umocnienia kamienno-ziemne, duże i w Bałtyk wbite, czyli jak raz idealne do filmowania z powietrza, a – o tym jeszcze nie wspomnieliśmy – Ojciec-Merecz taszczy w plecaczku swojego drona. Więc idziemy na czubek mijając różne budynki, przez jeden wręcz przechodząc tunelem. Na czubek!

 

A jednak nie na czubek, to znaczy nie bezpośrednio nas los poprowadził, bo najpierw dostrzegliśmy horyzont nad murem. No i nas zamurowało, bo piękny to był widok – gdzie okiem nie sięgnąć, tam biel lodu w słońcu. No i zeszły dziewczyny na sam brzeg, a potem już tym brzegiem ku czubkowi się przedzierały, ale nie wszystkie, bo Miłka w wózku przecież podróżowała, więc ją Ojciec-Merecz z tym wózkiem normalnie drogą powiódł. I tak się rozdzieliliśmy.

 

 

Dwójka z wózkiem przeżyła niezwykłą przygodę przedzierając się – niczym jaskiniami – wydrążonymi w skale tunelami, co łatwe nie było, było nawet niełatwe tak z wózkiem i odpaloną w iPhonie latarką się przedzierać pod powałą na wysokości 1,50. Ale dali radę i dotarliby na czubek, gdyby nie zaczęły się schody… Tymczasem pozostałe dziewczyny obeszły wszystkie możliwe ścieżki wzdłuż wybrzeża, napawając się lirycznie złotą krajobrazową „pieśnią lodu i ognia” (parafrazując tytuł sagi R.R. Martina, a ten ogień to coraz niższe lecz wciąż jaskrawe słońce, oczywiście). W końcu obie grupy się spotkały – dziewczyny pomogły ekipie z wózkiem na schodach i już po kwadransie cały gang Mereczonthego zameldował się na czubku. Wtedy Ojciec-Merecz puścił drona…

 

 

Mimo niskiej temperatury, nasza latająca kamerka wzniosła się chyżo hen pod chmury, ukazując nam na „podglądzie” widok niezwykły, a nawet można powiedzieć – smaczny. Bo umocnienia twierdzy wyglądają wśród lodu, jak jakieś takie niezwykłe ciastko w lukrze. Musicie to zobaczyć! W naszym filmiku (między 1’24” i 1’40”) znalazło się kilka ujęć z lotu jakiegoś skandynawskiego ptaka. Proszę śmiało rzucić okiem tu! 🙂

 

 

Spakowawszy drona do plecaczka, ruszyliśmy spacerkiem z powrotem w kierunku przystani promowej. Bardzo przyjemny był to spacerek – troszkę w górę, troszkę w dół, i tak sobie idąc, czytaliśmy w folderku historię tego niezwykłego miejsca…

 

 

Okazało się, że twierdzę na wyspie strzegącej wejścia do zatoki, nad którą leżą Helsinki, czyli w miejscu strategicznie idealnym biorąc pod uwagę założenia strategii wojennej w XVIII wieku, założyli Szwedzi. Rozbudowywali twierdzę i rozbudowywali, kamień nawet ze Szwecji przywozili, armaty też, wszystko pięknie zbudowali i tylko żadnej bitwy nie mogli tu jakoś rozegrać, bo nikt Helsinek wówczas nie atakował. Do czasu. Bo w końcu przybyli Rosjanie… Tyleśmy się zdążyli z folderku dowiedzieć, zanim dotarliśmy na powrót przez mostek nad kanałkiem do Muzeum Twierdzy Suomenlinna.

 

Muzeum jest malutkie, ale bardzo efektowne – i wystawa o historyczno-militarnym sznycie (mundury, muszkiety, armaty i inne takie rzeczy), i film. Bo w muzeum jest kino, które wyświetla dokument o historii twierdzy. I tu się naocznie, ale też nausznie przekonaliśmy, że wraz ze wspomnianym wcześniej przybyciem Rosjan, spokojna część historii nagle się skończyła, ustępując miejsce wydarzeniom z gruntu wystrzałowym! Bo jak nie gruchną nagle armaty!

 

Bang, bang! – trochę tu spoilerujemy, ale w trakcie tego filmowego dokumentu armaty strzelają naprawdę głośno, na tyle, żeby nie tylko Miłka, ale też cała reszta naszego gangu aż podskakiwała z wrażenia, bo historia twierdzy Suomenlinna przyjęła właśnie burzliwy obrót. Rosjanie bowiem pokonali Szwedów, zresztą zrobili to za pomocą fortelu natury psychologicznej, krótko mówiąc – nastraszyli ich. Dowódca Szwedów dał się nabrać i poddał, mimo sprzeciwu świetnie wyposażonej i oprowiantowanej załogi twierdzy. Podobno zresztą do końca życia żył otoczony nieskrywaną kpiną i pogardą, bo się okazało, że Rosjan było malutko. Ale jak już twierdzę zdobyli – a był rok 1808 – to i całą ówczesną ziemię, którą my nazywamy dziś Finlandią wzięli pod swoje panowanie. I tak ją zresztą trzymali aż do zakończenia I wojny światowej, czyli przez ponad 100 lat, co trochę przypomina nasze Polskie z Rosjanami przypadki.

 

W ogóle to było dla nas zupełnym zaskoczeniem – pozwólcie nam tu kilka zdań o naszym historycznym zszokowaniu –  że właściwie Finlandii do tamtego wydarzenia jako takiej nie było. No bo od wczesnego średniowiecza ziemią tą władali Szwedzi (cytat z audiogajda: „(…) stolicą tych ziem nie były wtedy Helsinki, lecz… Sztokholm!”), a po niesławnym i nieco przypadkowym upadku Twierdzy Suomenlinna – Rosjanie. Twierdzę zresztą Rosjanie zmodernizowali i rozbudowali. I w ogóle na ziemiach tych władali, modernizowali i rozbudowywali – cerkwie stawiali (nie tylko te w mieście, ale nawet ten kościółek z latarnią morską, o którym wyżej pisaliśmy – też w oryginale cerkwią był). I dopiero Rewolucja Październikowa i zaraz potem nowe „uporządkowanie Europy” na konferencjach pokojowych po I wojnie światowej, ustanowiło Finlandię jako niezależny, wolny kraj! Wtedy powstała flaga, hymn, parlament i tak dalej. Bardzo nas to zaskoczyło, że właściwie Finlandia nie ma jeszcze setki. W pewnym sensie oczywiście, bo Finowie mieszkali tu „od zawsze”, pielęgnowali kulturę, i mówili tym swoim przedziwnym, acz pięknym językiem.

 

Wyedukowani folderkiem i projekcją, ruszyliśmy do portu, do którego akurat podpłynął nasz lodołamaczopodobny prom. Zaokrętowaliśmy się i – w blasku zachodzącego słońca – popłynęliśmy z chrobotem i chrzęstem przez lodową kaszę do Helsinek. (o których już wkrótce na naszym blogu przeczytacie więcej, a w szczególności o naszych wędrówkach po zamarzniętych bałtyckich zatokach i fascynacji sauną)

Promy odchodzą kilka razy na godzinę z portu w samym centrum Helsinek z nadbrzeża Kauppatori. Obsługiwane są miejskie przedsiębiorstwo transportowe HSL i obowiązują na nie normalne bilety. Promy kursują od 1 do 4 na godzinę w zależności od pory roku i pory dnia (dokładny rozkład jazdy znajdziecie tu https://aikataulut.reittiopas.fi/linjat/en/hLautta_Kauppatori.html)

 

A teraz dla wszystkich wytrwałych czytelników, którzy aż tutaj z nami dotarli, miła, miejmy nadzieję, niespodzianka: Filmik-Podsumowanie, który wszystko, o czym powyżej czytaliście, w pigułce ruchomych obrazków z towarzyszeniem ładnej piosenki snadnie przedstawia! 🙂 Enjoy! 🙂
Wystarczy kliknąć:

A jeśli ciekawi was, jak to pomykaliśmy saniami ciągniętymi przez cudne Husky, rzućcie okiem TUTAJ!

A TUTAJ nasze pierwsze i niezwykłe doświadczenia z krajami północy 🙂

 

 

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *