Kolorowe jeziorka. Horror Story.

Jako miejsce Kolorowe Jeziorka jawią się w naszej pamięci niezwykle urokliwie, co można zobaczyć na naszych zdjęciach. Opowiemy wam dziś jednak historię mrożącą krew w żyłach… Taką, którą nasze dzieci do dziś wspominają drżącym głosem. A wszystko za sprawą jednej decyzji, podjętej pod wpływem rodzicielskich uczuć. Taaak… nasze dzieci potrafią rozmiękczyć nam serca i wybłagać coś, co nie do końca jest zgodne ze zdrowym rozsądkiem. A było to tak…
.

 

Było już późne popołudnie, gdy dojechaliśmy do miejsca zwanego Kolorowymi Jeziorkami. Tak naprawdę nie są to jeziorka, a stawy znajdujące się na zboczach Wielkiej Kopy na terenie Rudawskiego Parku Krajobrazowego w pobliżu wsi Wieściszowice, tak w połowie drogi między Jelenią Górą a Wałbrzychem. Powstały w miejscu wyrobisk dawnych niemieckich kopalni wydobywających piryt. Nie są więc to akweny naturalne, lecz dzięki zawartym tu przeróżnym pierwiastkom, minerałom i naturalnym reakcjom botaniczno-chemicznym powstały tu jeziorka w niesamowitych kolorach: żółte, purpurowe, błękitne i szmaragdowe. Bardzo chcieliśmy je zobaczyć.

 

Zatrzymaliśmy się na parkingu przygotowanym dla odwiedzających to cudowne miejsce fanów krajoznawczych nietypowości ciągnących tu z całej Europy. Z racji tego, że godzina była nietypowa, bo już zapadał wieczór, tłumów nie było. Nawet parkingowy się nie pojawił, choć chętnie byśmy się podpytali co, gdzie i jak…

W pobliżu głównego wejścia na teren Kolorowych Jeziorek znajduje się aż 5 parkingów, wszystkie znajdują się całkiem blisko głównej bramy i są ładnie oznaczone. O ile wejście i przemierzanie rozległego terenu, na którym znajdują się malownicze kolorowe akweniki nie kosztuje nic, o tyle samo parkowanie kosztuje 10 zł za samochód osobowy i 20 zł za busa. Do dyspozycji odwiedzających są tam pole namiotowe i campingowe, miejsca do grillowania i toalety, a nawet placyk zabaw dla dzieci.

Ale co tam, wielka tablica informacyjna, naprawdę rzeczowa i bogata w informacje pomogła nam się zorientować, że po pierwsze jesteśmy już tuż tuż od pierwszego Żółtego Jeziorka, i że do kolejnych też da się na piechotkę w miarę łatwo dość. Hurra! Zamknęliśmy samochód i przez drewnianą bramę ruszyliśmy lekko w górę i już po chwili naszym oczom ukazało się po lewej w dole…

Żółte jeziorko niemal całkiem wyschło, więc cóż, samo w sobie nie było jakimś wielkim akwenem, ale i tak wspaniale było zbiec i poprzechadzać się pomiędzy ciekawymi skałami. Po chwili ruszyliśmy dalej, w górę, by po kwadransie dotrzeć nad jeziorko Purpurowe, które było dość okazałe i spędziliśmy tam trochę czasu. Do Błękitnego trzeba było już trochę podejść pod górę. Nasze dzielne dziewczyny pokonały trasę dość szybko. Miłka była wtedy jeszcze mała, więc spakowaliśmy ją do nosidła i też dała radę. No i zachwycaliśmy się. Błękitne jeziorko było naprawdę błękitne, a wieczór chyba jeszcze dodał mu uroku.

 

 

No a co ze Szmaragdowym?

Tu właśnie zaczął się budować zapowiadany suspens, który zgodnie z regułami gatunku musiał się następnie przerodzić w horror… Ale po kolei. Podejście do jeziorka Szmaragdowego miało okazać się stosunkowo trudniejsze i długie, choć wiedzie dość dobrze utrzymanym pełnym malowniczych korzeni szlakiem. Zanim na ów szlak wstąpiliśmy odbyliśmy naradę. Rozsądek nakazywał rozwagę przy decyzji, iść dalej czy nie. Zbliżał się już bowiem wieczór i choć na mapie jeziorko nie było oddalone jakoś znacznie, to jednak wokół i po drodze były lasy i góry, i mogliśmy się spodziewać może i niedługiego, ale jednak forsownego maszerowania… Już zaczęliśmy się skłaniać ku powrotowi, gdy do dyskusji przebojowo włączyła się Malina. Obwieściła, że przecież to są jej imieniny (rzeczywiście były!) i na te właśnie imieniny ona życzy sobie Zielonego Jeziorka, a w konsekwencji życzy sobie wchodzenie pod górę! Tak nas właśnie Malina zażyła z mańki. I ruszyliśmy w górę. Ku zielonemu!

Szło się nawet przyjemnie, choć, jako się rzekło, nie bez wysiłku. Najpierw lasami szliśmy w górę, potem drogą solidniejszą, potem znowu lasami, coraz wyżej. Jeszcze było widno, ale szarzało… W końcu doszliśmy do tablicy informujące, że Szmaragdowe to w prawo. Zeszliśmy ze szlaku i zaczęliśmy się przedzierać… Szukaliśmy, szperaliśmy, łaziliśmy po krzaczorach i wysokich trawach. Ale jeziorka nie znaleźliśmy! Aaaa! Jeszcze jedna próba, jeszcze za tym wykrotem… Jeziorka ani widu, ani słychu. Za to zameldował się zmrok.

Zrobiło się trochę nerwowo, ale co tam, przecież mieliśmy telefony z GPS-ami i latarkami, które oświetlą nam drogę. Ruszyliśmy w drogę powrotną. W dół idzie się łatwiej, wyszliśmy pełni dobrych myśli z lasu na tę szerszą drogę i całkiem raźnie pomaszerowaliśmy w dół Wielkiej Kopy. Szliśmy, szliśmy… początkowo droga w dół była po prostu drogą, więc aż tak trudno nie było… ale gdy doszliśmy do rozwidlenia i musieliśmy podjąć decyzję: skręcić w lewo w ciemność lasu i iść jak przyszliśmy, stromiznami po konarach, czy może jednak dalej drogą, która nie wiadomo wprawdzie, gdzie dokładnie prowadzi, ale przecież z grubsza we właściwym kierunku, no i w dół, a my na samym dole przecież zaparkowaliśmy. Decyzja podjęła się sama, bo gdy włączyliśmy latarki i GPS-y w telefonach, okazało się, że najpierw jeden, a zaraz i drugi umarły. “Ciemno i do domu daleko”. Zaczęliśmy się drapać po głowach i wtedy nasze dzieci odkryły, że jesteśmy w tarapatach. No i nie dość, że byliśmy w lokalizacyjnej kropce, to jeszcze mieliśmy za zadanie utrzymanie emocjonalnej rodzinnej równowagi.

Wchodzenie po ciemku na stromy leśny szlak było wykluczone (“Na tych konarach pewnie połamiemy sobie nogi!”), ruszyliśmy więc w dół tą szerszą drogą. Idziemy, idziemy, a robi się coraz ciemniej… Dokąd ta droga prowadzi, nie wiemy, ale teraz to już nie ma opcji, trzymamy się tej drożyny… W końcu dojdziemy do jakiejś wsi czy coś i tam będziemy szukać pomocy…

A ciemno już się zrobiło, choć oko wykol. W górę, między czubkami drzew niebo jeszcze jakieś takie trochę jaśniejsze, ale na dole czerń. Na szczęście w przepastnych kieszeniach spodni, Merecz-Ojciec wyszperał… zapalniczkę! Hurra! W świetle małego płomyczka można sprawdzić, co znajduje się metr czy dwa od niego, albo czy coś leży na drodze. Więc – zapalniczka w górę i idziemy! Ałć! Ała! Ałć! – no niestety, okazało się, że zapalniczka ma to do siebie, że nie sposób z nią maszerować dłużej niż chwilkę, bo okrutnie parzy. Więc dalej szliśmy w zupełnych ciemnościach, zapalając światełko jedynie w takich momentach jak: “Aaa, coś tu się rusza w krzakach!”, “Ojeje, wdepnęłam w wodę, tu jest woda!”, “Co to, co to, co to!?!”, “Aaa, wszyscy umrzemy!”

Ech, co to był za marsz! 😉 Leśne ścieżyny, nawet jeśli się je jakoś stopami po omacku wyczuje, nie są najwygodniejszymi traktami, szczególnie z uczepionymi rękawów chlipiącymi pociechami. Wyrwy, kałuże, stromizny, gałęzie… Dzieci chlipały, krzyczały, że niewątpliwie wszyscy zginiemy, że to nasz ostatni dzień. Miłka na szczęście usnęła. Starszyzna kawalkady snuła już wizje, że no trudno, trza tak będzie iść ścieżyną ile się da, licząc, że nikt sobie kostki nie skręci, trzymać się szlaku, a w końcu, w najgorszym razie jak się zacznie już rozjaśniać o poranku, gdzieś do jakiegoś gospodarstwa się dotelepiemy, śpiących ludzi niestety na nogi postawimy, o podwózkę albo telefonowanie po taksówkę czy straż leśną trza będzie prosić… Pocieszając się, że na szczęście zimno nie jest i nie pada, brnęliśmy, co i rusz nadeptując a to na korzeń, a to na szyszkę, a to na siebie nawzajme… I gdy już przyzwyczajaliśmy się do wizji całonocnej włóczęgi… wyszliśmy wprost na nasz samochód zaparkowany na parkingu! Cud!

Chyba nigdy nie cieszyliśmy się tak na jego widok, chyba nigdy nie czuliśmy się w nim tak bezpiecznie! 🙂 I piszemy to wszystko po to, żeby w odpowiednim momencie mogła zapalić wam się lampka! 🙂

A Kolorowe Jeziorka gorąco polecamy!

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego

2 komentarze

Magda

Mrożąca krew w żyłach historia. Dobrze, że ze szczęśliwym zakończeniem:) Już wiem kto u nas panikowałby najbardziej … zdecydowanie ja. Dla dziewczynek byłaby to mega przygoda, zapewne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *