Przylądek Canaveral. Podróż, która się więcej nie wydarzy.

To był dzień urodzin Merecza-Ojca. Wstaliśmy o 6 rano, wzięliśmy dziecko pod pachę i popędziliśmy pod Największą Pomarańczę Świata, gdzie niemal spóźniliśmy się na autobus… w kosmos! Była sobota 31 dzień maja 2008 roku…

Tego dnia misją promu kosmicznego Discovery STS-124 było wynieść na orbitę dwie rzeczy: 1. Kibo, 2. Kibelek. Pierwsza to specjalistyczny japoński moduł naukowy, druga – nowa, wyczekiwana przez mieszkańców Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) super-hi-techowa toaleta próżniowa (mała sprawa dla ludzkości, wielka dla tych kilkoro astronautów). A my mieliśmy swoją misję – na własne oczy zobaczyć start promu kosmicznego. Po raz pierwszy i, jak się okazało, ostatni.

Za organizację tej naszej kosmicznej awantury zabraliśmy się już kilka miechów wcześniej, online. Trudne to nie było – po wpisaniu intuicyjnego zestawu – “nasa”, “space shuttle”, “launch” – od razu wyskoczyła nam strona www.nasa.gov/launchschedule, gdzie po kliknięciu w górnym prawym rogu napisu “See a Launch in Person” już poszło – link za linkiem doszliśmy do strony Gator Tours (licencjonowanej przez NASA), która oferowała pełną paczkę: dojazd z Orlando do Cape Canaveral, przesiadkę na autobusy NASA, wizytę w najciekawszych miejscach kosmodromu, no i… cel bazowy: start Discovery!

.

Praktycznie

Dziś jest trochę inaczej. Z dwóch powodów: 1. nie ma już startów promów kosmicznych ani innych załogowych misji z Kennedy Space Center (póki co amerykańscy astronauci latają z ruskimi z Bajkonuru); 2. nie ma już Gator Tours (póki co… nie mamy pojęcia dlaczego). Ale 2x good news! 1. nadal spoko można zobaczyć start rakiety kosmicznej (klasy Atlas V albo SpaceX Falcon 9) z Kennedy Space Center; 2. Takie paczki jak Ś.P. Gator Tours organizuje teraz samo KSC. Ważne: wspomniany wyżej link “See a Launch in Person” na stronie KSC działa! Szczegóły na końcu artykułu.

.

Umówiliśmy się z Gator Tours, że do autobusu zbierającego tego dnia fanów kosmicznych wrażeń po całym Orlando wsiądziemy w zaproponowanym przez nich miejscu – pod, jak się wyrazili “The World’s Largest Orange”. Podali nam adres, a na pytanie, czy my to na pewno znajdziemy, zapewnili: “You won’t miss it!”. Brzmiało to dla nas enigmatycznie, ale ona naprawdę tam była! Ta największa pomarańcza świata, i miała rozmiary centrum handlowego. Bo to było… centrum handlowe (vide: fotka na końcu). Świt już powoli nadciągał, a my– wtedy jeszcze we trójkę – pędziliśmy jak zwykle prawie spóźnieni na autokar, którym dowodził Mike.

Mike miał swoją wagę i nie była to waga piórkowa. I miał gadane, jak prawdziwy MC. Chwycił autokarowy mikrofon i zaczął nawijkę live: ogarnął historię Orlando, faunę i florę Florydy, historię podboju kosmosu (wersja patriotic-U.S.A.) i wreszcie samego NASA. W pewnym momencie tak się rozkręcił, że się potknął i wspomagany przez grawitację planety Ziemia runął swoją 150-kilogramową masą wprost w drzwi naszego pędzącego autokaru. To że te drzwi to wytrzymały to był cud. Autokar zatrzymał się na poboczu, żeby Mike mógł dojść do siebie, wyszliśmy i my. I wtedy zdarzył się cud nr 2, bo w przydrożnym rowie zobaczyliśmy dwa wielgachne aligatory! A było to i niesłychane, i oczywiste. Niesłychane, bo zazwyczaj turyści na Florydzie, nawet gdy zainwestują środki i czas w wyjazd na florydzkie bagniska na “aligator spotting”, to albo żadnego nie zobaczą, albo zobaczą coś, co chlupnęło gdzieś w oddali. Więc niesłychane. Ale też oczywiste, bo rzecz miała już miejsce na terenie Kennedy Space Center, czyli w wydzielonej, ściśle strzeżonej bardzo, bardzo rozległej przestrzeni, gdzie ludzie mogą poruszać się wyłącznie wydzielonymi drogami, a zwierzyna, przez nikogo nie niepokojona, mnoży się i żyje swobodnie. Mike, gdy doszedł już do siebie podjął wątek krokodyli, tfu, aligatorów (ponoć to nie to samo!) w rowach melioracyjnych Kennedy Space Center, stąd to wiemy.

.

Ciekawostka

Centrum badań kosmicznych NASA na przylądku Canaveral na Florydzie zajmuje kolosalną przestrzeń 570 km2! (z grubsza ok 57 km x 10 km). Poszczególne elementy centrum porozrzucane są po całym tym terenie: platformy startowe, centra kontroli lotu, instalacje produkujące rakiety, centra szkoleniowe no i liczne atrakcje dla turystów (wielka hala z rakietami – prawdziwymi i rekonstrukcjami, i modelem Międzynarodowej Stacji Kosmcznej) oraz Visiting Complex. Między tymi miejscami jeżdżą regularnie (co 10-15 min) specjalnie autobusy NASA. Poza dniami startów odwiedzający mają sporą swobodę w wyborze kolejności i czasu zwiedzania poszczególnych atrakcji. Ponieważ jedynie 9% powierzchni zajmują instalacje i infrastruktura Centrum, a do większości dostęp jest zastrzeżony, rozległe tereny są ważnym rezerwatem przyrody. Goście i pracownicy Centrum mogą tu spotkać m.in. aligatory, żółwie, węże, florydzką panterę, dziki, orły, a w licznych akwenach także niesamowite manaty!

.

No i dojechaliśmy do NASA, a właściwie NASA Visitor Center, czyli – co tu dużo mówić – zero naukowców, dużo turystów żądnych kosmicznych wrażeń. To centrum jest czynne codziennie, oferując, oprócz zwiedzania kosmodromu, takie atrakcje jak “Dinner with an Astronaut” – seriously! Można zjeść obiad z astronautą (jednym z żyjących kilku setek), który pojawia się w sali restauracyjnej witany brawami, opowiada swoją kosmiczną historię przy obiedzie, następnie daje się obfotografować na wszelkie sposoby i żegna się wśród braw. Myśmy też mogli taką opcję zaznaczyć (za jedyne parędziesiąt dolarów od głowy), ale my mieliśmy tego dnia inne danie główne w planach – start promu kosmicznego, to słynne “Three… Two… One… Ignition!” Aaaaa!

12596063_10208866845529936_48301051_n

Ale było dopiero chwilę po 9 rano, a start był planowany na… 17:02. (No właśnie, czy to jest już rocket science pokumać się dlaczego start rakiety planowany jest co do minuty, dlaczego nie 17:00, albo choćby 17:05?) Tak czy inaczej mieliśmy przed sobą jeszcze blisko osiem godzin. Od czego zaczęliśmy? Od Mike’a, a konkretnie – okazało się, że w Kennedy Space Center w dniu startu promu kosmicznego panuje straszny, straszny ordung – zero samowolki i włóczenia się, gdzie się chce, kiedy się chce. Tego dnia wszędzie przewalała się armia oficerów ochrony – i na piechotę, i na motorach, w meleksach, samochodach, wozach pancernych (tyle że pomalowanych dla niepoznaki na biało), a także w helikopterach! Mało tego, z tych przelatujących co chwila helikopterów, z bocznych drzwi, wystawały lufy karabinów maszynowych. Normalnie Czas Apokalipsy! (brakowało jedynie Cwałowania Walkirii Wagnera). Choć helikoptery też były białe. Mike tłumaczył, że start promu kosmicznego to jest pół miliarda dolarów (po ichniemu “half a billion”, of course), stąd tak nieprawdopodobnie zaostrzone środki bezpieczeństwa. I że każde zagrożenie to opóźnienie, a każde opóźnienie to kolosalne koszty. A do tego, dodał, właściwie już niepotrzebnie, że przecież żyjemy w czasach “post-9/11”. A potem dodał jeszcze, że wyżej, nad helikopterami, lada moment pojawią się też F-16 (nie pytamy, czy białe, teraz żałujemy, bo na własne oczy żadnego nie widzieliśmy ;). Tak czy inaczej Mike wyjaśnia, że właśnie ze względu na te skrajnie zaostrzone środki bezpieczeństwa musimy się bardzo ściśle trzymać trzymania się razem.

Wszystko zaczyna się w Kennedy Space Center Visitor Complex. Z miejsca robimy sobie zdjęcie z wielkim symbolem NASA, tak jakby zaraz miał gdzieś odlecieć. Następnie wsiadamy do autobusów NASA i ruszamy na oglądanie.

.

L1010800

.

Od razu największym naturalnym wabikiem dla oka jest VAB, czyli niesłychanie wysoki i obszerny hangar Vehicle Assambly Building. Ten niezwykle charakterystyczny budynek udekorowany gigantyczną flagą amerykańską widać na wszystkich filmach, w których pojawia się NASA. Wysoki na 160 metrów (!) budynek o kubaturze 3.700.000 m3 i powierzchni 3ha powstał w 1965 roku roku jako miejsce składania rakiet Saturn V służących do wynoszenia na orbitę Księżyca statków kosmicznych Apollo. Teraz służył do montowania promu kosmicznego, a konkretnie do solidnego sklecenia ze sobą trzech podstawowych zestawów elementów, z których składał się prom kosmiczny: 1. orbitera (to ten biały samolocik), 2. nieprawdopodobnie wielgachnego zbiornika na paliwo ciekłe (to ten wielki podłużny pomarańczowy baniak, trzy razy większy niż ten biały samolocik, który jest do niego przymocowany); 3. dwóch silników nośnych na paliwo stałe (to te dwie rury równoległe po obu stronach zbiornika na paliwo ciekłe. Z tych trzech elementów najważniejszy, najdroższy (kasowo i sercu astronautów) jest oczywiście orbiter. Jako pojazd wielokrotnego użytku (np. Discovery, na start którego przyjechaliśmy, był już wcześniej w kosmosie 35 razy!) jest po powrocie z misji przygotowywany do następnej w kolejnym budynku, który mijamy, czyli Orbiter Processing Facility.

.

STS-124_patch.svg

.

OPF także jest wielkie, choć nie tak bardzo jak VAB. To właśnie stąd najpierw przetransportowano Discovery do VAB, a następnie z VAB – za pomocą najdziwaczniejszego pojazdu jaki widzieliśmy – kolosalnej platformy na gąsienicach – na legendarną platformę startową LC-39 (jest legendarna, bo jest największa ze wszystkich w okolicy, a do tego właśnie z niej startowały księżycowe misje Apollo). Teraz Discovery stoi dumnie wprost przed nami, to niespodziewane bliskie spotkanie III stopnia oszałamia nas, gdy zwiedzamy znajdujący się obok LC-49 hangar z ekspozycją, wymykamy się trochę półlegalnie na trawnik między halą a promem, mamy go jak na dłoni. Całość jest ogromna, góruje nad nami, mając świadomość, że to wszystko za parę godzin będzie mknęło po orbicie Ziemi z prędkością rosnącą do 28 000 km/h! Nie do wiary! Ale teraz stoi oświetlony mimo dnia lampami, coś się tu i tam rusza w konstrukcji wież platformy, coś tam pod kontrolą syczy, gdzieniegdzie unoszą się smużki kondensacji… Wszystko jest już gotowe, paliwo do wielkiego pomarańczowego zbiornika już jest od kilku dni zatankowane. A astronautów jeszcze tu nie ma…

.

Ciekawostka
Poprawka – jeden astronauta jednak już tam był. Miał na imię Buzz. Buzz Astral vel Lightyear! O, yeah, ten z Toy Story. W ramach projektu edukacyjnego NASA postanowiła zabrać figurkę Buzza na orbitę i wykorzystać do nakręcenia kilku filmików opowiadających o badaniach kosmosu.

.

L1010807

.

Wciąż mamy jeszcze trochę czasu na zwiedzanie. Przechodzimy przez oryginalną salę kontroli lotu misji Apollo 13. Teraz na ekranach zapalają się symulacje i filmowe materiały dokumentalne. Ależ to była niesamowita historia z tą kosmiczną wymuszoną improwizacją w ratowaniu astronautów feralnej misji. Technologiczny fuck-up dekady z happy endem.

 

.

.

Jedziemy dalej, a właściwie ledwie ruszamy, już się zatrzymujemy… Kierowca naszego autobusu wyciąga aparat fotograficzny i – podniecony – robi zdjęcia niezwykłemu srebrnemu busowi, który rusza spod budynku nieopodal i mija nas… W oknach pojazdu widzimy… astronautów w pomarańczowych skafandrach kosmicznych. (Tak naprawdę to ich wcale nie widzimy, ale wiemy, że tam są. Pojazd ma przyciemniane okna)
.
.

 

L1010856.

To 7 wspaniałych jest przewożonych w asyście wielu samochodów ekipy technicznej i ochrony do promu kosmicznego. Nasz kierowca mówi, że mamy szczęście, że zobaczyliśmy astronautów, bo on tu jeździ od lat i jeszcze nie widział. Gdy przypominający odwróconą srebrną wannę pojazd odjeżdża w kierunku platformy startowej, autobusy ruszają dalej. Po drodze widzimy jeszcze niesamowicie wielgachnego żółwia, który jak gdyby nigdy nic majestatycznie i powoli przechodzi sobie przez ulicę. Musieliśmy poczekać, aż przejdzie oczywiście.

 

.

.

 

 

Dojeżdżamy do największej ekspozycji dla zwiedzających w całym Kennedy Space Center. Tutaj w wielkiej hali o kubaturze małego miasteczka wystawione są na bezpośredni ogląd gości rakiety kosmiczne. Nie-sa-mo-wi-te, jakie to naprawdę było wielkie i czadowe.

.

L1010814

.

L1010830

.

L1010832

.

Oglądamy także satelity, lądowniki, łazik księżycowy z misji Apollo (skonstruowany, o czym informuje tabliczka, przez polskiego konstruktora). Mamy też okazję dotknąć Księżyca!

.

L1010825

.

A konkretnie jego malutki kawałek znajdujący się w specjalnej gablocie, gdzie można wsadzić rękę przez rodzaj śluzy i księżycowy kamień dotknąć – wszyscy ówcześni członkowie gangu Mereczonthego Księżyca dotykają, a co! 🙂

.

L1010838

.

Po tych i wielu innych sytuacjach eksploracyjnych nadchodzi wreszcie wielka chwila. Autobus odstawia nas na miejsce, z którego będziemy obserwować start. Są tu ustawione trybuny, część gości skorzystała, część rozstawia się na trawniku wzdłuż wydzielonej linii, za którą ani rusz.

.

L1010864

.

My także korzystamy ze świeżo nabytego niebieskiego koca z logo NASA, robimy bazę, szykujemy aparaty fotograficzne, wyczulamy się na łapanie przyszłych wspomnień. Siadamy pod parasolem, bo słońce grzeje niemiłosiernie.

.

L1010865

 

W oddali, po drugiej stronie jeziorka widać Discovery na platformie. Z głośników zamontowanych dookoła słychać live-streaming rozmowy kontrolerów lotu z załogą Discovery wymieniających się uwagami. Teraz już czekamy coraz bardziej niecierpliwie…

.

 

L1010867.

Wreszcie przychodzi wyczekiwany moment, głosy w sound-systemie stają się bardziej podekscytowane. W pewnym momencie słyszymy rzucone między technicznymi uwagami: “Fourteen, thirteen…”. Po czym znowu następuje wymiana uwag. Wreszcie jednak ni z gruchy, ni z pietruchy słyszymy “Three, two, one…” bez wcześniejszych… Zszokowany Merecz-Ojciec unosi aparat fotograficzny, włącza nagrywanie filmiku i… zamiast maksymalnego zoom-in, robi maksymalny zoom-out, a w międzyczasie widzimy ogromny wybuch pomarańczowego ognia u dołu promu i mega-gwałtowne kłęby dymu, statek kosmiczny zaczyna się unosić…

.

L1010869 L1010871

.

Nagle zdajemy sobie sprawę, że rzecz dzieje się w ciszy, gdy nagle Wwwwwaaaaaaa! nadciąga fala dźwiękowa! Czujemy to w trzewiach, wszystko rezonuje w nas – takiego potężnego dźwięku jeszcze nie doświadczyliśmy! Kontroler lotu i kapitan Discovery wymieniają się uwagami, wszystko jest pod kontrolą. Statek unosi się coraz wyżej i wyżej, lekko skręca, przez co – zgodnie z zapowiedzianym planem – przybiera odpowiednią trajektorię do wyjścia na orbitę. W pewnym momencie widać, jak oddzielają się dwa silniki na paliwo stałe; wylądują potem na spadochronach na oceanie, gdzie przejmą je specjalne statki. Słup dymu i pary, prowadzi do miejsca, gdzie coraz dalej i dalej odlatuje Discovery z Kibo i kibelkiem na pokładzie. Najbardziej niesamowite jest to, że w przeciwieństwie do smug kondensacyjnych za samolotami na niebie, które zasadniczo przeciągają w poprzek nieba, tutaj prom kosmiczny ciągnie swoją w górę i w górę, aż w końcu… znika…

.

L1010873

.

Wszyscy świadkowie startu są teraz uśmiechnięci, podnieceni, jakby naocznie zetknęli się z jakąś kosmiczną tajemnicą. No bo się zetknęli. Śmy. Niesamowite to jest, ekscytujące… Ponieważ fala dymu i pary, która od momentu startu rozchodziła się we wszystkie strony, teraz powoli nadciąga w naszą stronę, pojawia się komunikat o konieczności kontrolowanej ewakuacji ze względu na toksyczność spalin… Więc kierujemy się wszyscy do autokarów. A właściwie to pędzimy.

.

L1010875

.

My namierzamy naszego Mike’a, co nie jest trudne ze względu na jego charakterystyczną posturę. I ruszamy… Zatrzymujemy się jeszcze raz w Visitor Complex na jedzenie i zakupy kosmicznych pamiątek. Ale TEN moment już z nami zostanie.

A oto film, tym razem nie nasz, o tym właśnie locie:

.

.
Z Centrum Lotów Kosmicznych im. Johna F. Kennedy’ego wyjeżdżamy z przeświadczeniem, że doświadczyliśmy czegoś kosmicznego. Dopiero, gdy żegnamy się z Mike’em przy Największej Pomarańczy Świata powoli… wracamy na Ziemię 🙂

.

L1010882

.

Praktycznie

Aby zorganizować sobie oglądanie startu rakiety, należy wejść na www.kenedyspacecenter.com, wybrać u góry zakładkę “Launches and Events” i wybrać z listy odpowiedni start (podane są plany na kilka miesięcy). Na przykład dziś (24 lutego – dzień publikacji tego posta) o godzinie 18:45 lokalnego czasu ma miejsce start rakiety SpaceX Falcon 9. W zakładce “Tickets” można zamówić bilety w kilku wariantach: najlepsza, bo najbliższa wyrzutni, więc oferująca najbardziej intensywne doznania, jest opcja za 49$ (obserwacja startu z LC 49, czyli z platformy startowej nr 49) + dorośli 50$/dzieci 40$ za jednodniowy bilet do KSC, czyli razem 99$ za osobę można zjeździć autobusami NASA najciekawsze miejsca i wystawy kosmodromu, no i zobaczyć start prawdziwej rakiety kosmicznej z najbliższej możliwej dla cywilów odległości. A do tego w cenie paczki wliczona jest przekąska i – uwaga – pamiątkowy dedykowany t-shirt! Nieźle! (Za “naszych czasów” taka paczka kosztowała grubo ponad dwie stówki za osobę i to bez koszulki. Ale za to – sorry – z promem kosmicznym! 😉 Co ciekawe do paczki można dokupić za jedyne 29$ “obiad z astronautą”! Okazuje się, że w KSC dyżurują prawdziwi weterani-astronauci NASA (na stronie można sprawdzić te “dyżury” – konkretni, podani z nazwiska astronauci przyjeżdżają i rezydują przez 5 dni w KSC) i można ich mieć! 🙂 Uwaga! Opisane wyżej bilety z opcji LC49 szybko się wyprzedają, więc szybka orientacja i rezerwacja mają sens, bo tańsze bilety, owszem, zapewniają widok startującej rakiety, ale z wielu mil i dopiero z ponad linii drzew. To już wtedy niemal równie dobrze, a za darmo, można obejrzeć start z plaży z Orlando. Do powyższych kosztów trzeba doliczyć koszt dojazdu. Z Orlando można tu przybyć albo autokarem (np. Grayline za 59$), albo wynajętym samochodem (najtaniej przez rentalcar.com), parking na cały dzień w KSC 10$.

.

 

 

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *