Pekin, Szanghaj, Hongkong (i Makao na dodatek)

Trzy miasta Made in China, a tak różne… Pekin, Szanghaj i Hongkong są tak odmienne, jak chyba żadne europejskie miasta zestawione ze sobą. Tak to już jest z tymi nowymi Chinami. Podróżując po nich szybką koleją, jak za dotknięciem różdżki przenosimy się w najrozmaitsze światy.
Przywołuję Chiny z pamięci…

Pekin

Najpierw zaduch. Było mi niedobrze, mdlałam, nie mogłam oddychać, ani jeść. Włączyłam klimę i nie wychodziłam z pokoju. Dopiero przy śniadaniu (na które też nie chciałam iść) dowiedziałam się, że melon może mi pomóc. I pomógł. Mój organizm się przyzwyczaił, jin z jang mi się w wyrównało i… ruszyliśmy w tao, znaczy w Pekin!
Ponieważ lecąc z Dubaju do Chin wylądowaliśmy właśnie w Pekinie, wszystko co chińskie, to czego się spodziewaliśmy, i to czego nie, tu dotknęło nas najpierw. Czyli na przykład powszechna chęć robienia sobie z nami zdjęć, biurokracja i wszechobecność tzw. służb, inny rodzaj uprzejmości, brak restauracji w turystycznych miejscach, no i tłumy – wszędzie, zawsze. Co ciekawe, albo oczywiste, w Pekinie w sezonie przebywa w każdej chwili około miliona turystów, ale… turystów-Chińczyków! Turyści-Europejczycy, czy turyści-Amerykanie pojawiali się na naszych radarach rzadziej niż kometa Halleya. Dlatego też od razu my – a w szczególności Tosia i Malina – byliśmy traktowani jak dziw natury, jak czarnoskóry w komunistycznej Polsce. Ci ludzie po prostu nigdy nie widzieli dwóch małych blond dziewczynek i nie krępowali się robić im zdjęć, pytając o zgodę lub nie.
Pekin to wielkie miasto z mnóstwem miejsc, w których warto pobyć… Zakazane Miasto, Świątynia Nieba, Plac Tienanmen, Stadion Narodowy, czy choćby i pekińskie zoo. Trzeba też umieć się po nim poruszać. Wydawałoby się, że motoriksze będą świetnym rozwiązaniem. Ale… Uważajcie! Pekińscy rikszarze to często ściemniacze i naciągacze (na przykład umawiamy się na 30 yuanów, a u celu rikszarz mówi ci 350, bo “wybrał turystyczną trasę”, i już się nie uśmiecha). Już za pierwszym razem przyszło nam wdać się w małą szarpaninę, za drugim (owszem, jesteśmy optymistami i założyliśmy, że nie ma co rezygnować po pierwszym razie) sympatyczna pani moto-rykszarka okazała się być babcią-gangsta-wyłudzaczką. Odpuściliśmy ryksze i przerzuciliśmy się na komunikację miejską (metro, autobusy). Przy wejściu do każdej stacji metra jest nieco policyjnie, prześwietlanie bagażu, ale można się przyzwyczaić. Wszyscy pasażerowie w wagonie metra, niemal co do jednego, dzierżą w dłoniach swoje samsungi i iPhone’y lub ich lokalne substytuty, więc wagon wypełnia specyficzna poświata. W ogóle w Pekinie, w mieście niegdyś monolitycznie komunistycznym pełnym gmaszysk w radzieckim stylu, zmienia się. Socjo-estetyczne berło przejęła kultura i moda globalna. Na przykład chińscy nastolatkowie jak jeden mąż (i żona) naszą plecaczki, krótkie spodenki i t-shirty, więc pod tym względem ulica wygląda bardziej jak nowojorski Chinatown, niż Chiny z naszych dawnych wyobrażeń typu faceci w mundurkach a la Mao na rowerach typu “Ukraina”. Wszędzie skutery, tyle że, ze względu na przepisy, elektryczne! Wszędzie cyfrowa rewolucja, auta na ulicach masowo niezłe, ze szczególną fascynacją niemieckimi markami (kult VW i audi), tu i tam KFC i McDonald’sy (a w menu oprócz globalnego standardu m.in.: McNoodles w pięciu smakach i dania na bazie ryżu!). Z drugiej strony, bywa magicznie – pierwszej nocy z okna naszego hoteliku (w stylu “tradycyjny hutong”) zobaczyliśmy w skąpo oświetlonym zaułku ducha Bruce’a Lee. A właściwie nie ducha tylko jego ucieleśnienie – żylastego faceta bez koszuli, który zapamiętale ćwiczył nunczako. Zobaczcie sami, to gdzieś w pierwszej połowie poniższego filmiku:

Szanghaj

Gdy wpisujemy w gugla ‘Shanghai’, lub ‘Szanghaj’ wyskakuje panorama miasta z kosmosu lub z “Łowcy androidów” z wieżą “Perła Orientu” (to ta z kulami) jako symbolem. I to tam jest, ale po pierwsze za rzeką bez mostów (w centrum, bo statki), a po drugie… Ale po kolei…
My do Szanghaju przyjechaliśmy późnym wieczorem i wejście w miasto mieliśmy nietypowe. Ledwośmy się dotachali do Bundu, czyli nadrzecznej promenady, wszystkie wieżowce, neony i lampy zgasły lub przygasły, krótko mówiąc, kosmos poszedł spać. Ludzi nadal było dużo, co akurat nie dziwi, bo tam ludzi generalnie zawsze jest dużo, mijali nas na centralnym deptaku, ktoś sprzedał nam nawet święcące wrotki dla dziewczyn, co w mroku ukazało swój ukryty sens. Było ciekawie, ale niespodziewanie. Na drugi dzień “Perła Orientu” miała być naszą atrakcją nr. 1. I cóż, jeden z najbardziej ikonicznych budynków świata, przy bliższym spotkaniu okazał się nieco jakby… przaśny! Nie za bardzo błyszczał, nie odbijał błękitnego nieba w połaciach szkła, zdominowany był przez goły beton. Kosmicznie zrobiło się dopiero na wysokościach, gdzie dzieciom paszcze z wrażenia opadły, gdy chcąc nie chcąc, kroczyć musiały po przeszklonej podłodze widząc pod sobą niemal pół kilometra przestrzeni ponad miastem. To było dobre! Oczywiście w najwyższej kuli zrobiono wystawkę na cześć kosmicznych osiągnięć chińskiej astronautyki, co o tyle było zabawne, że figurki skaczących po Księżycu astronautów miały na rękawach skafandrów chińskie flagi, czyli – mimo, że Chińczycy na Księżycu nigdy nie byli, to byli nie astronauci a taikonautami! (bo tak nazywa się dzielnych chińskich pionierów podróży międzyplanetarnych). Taki propagandowy numerek na kosmiczną skalę. Kolejnego dnia ruszyliśmy w drugą stronę, dosłownie i w przenośni, tym razem nie w przyszłość, a na Stare Miasto. Szanghajska Starówka wygląda jak należy – mnóstwo budynków o wygiętych dachach ozdobionych drewnianymi płaskorzeźbami. Normalnie jak z Mulan. Zaułki, świątynie, tam można poczuć się jak w Chinach z czasów, gdy dotarł tam Marco Polo. Poszwędaliśmy się trochę po tym mieście z opiumową historią w tle, a na koniec wsiedliśmy w najszybszy pociąg pasażerski świata – unoszący się na magnetycznej poduszce Shanghai Maglev – i z centrum Szanghaju pomknęliśmy na lotnisko, skąd odlecieliśmy – w przenośni i dosłownie – do Hongkongu (wskazówka praktyczna: Hongkong, podobnie zresztą jak Makao, oficjalnie są częścią Chin, niemniej na lotniskach odprawy do nich znajdują się w części International).

Hongkong

A Hongkong to zupełnie inny świat! Wspaniały, oszałamiający, metropolitalny zupełnie inaczej niż Szanghaj. Bo o ile Szanghaj jest miastem starym, łączącym naprawdę dawne chińskie klimaty, z okresem kolonialnym (tak dobrze widocznym ot, choćby w architekturze wspomnianej wyżej promenady The Bund), a którego hiperkosmiczna nowa futyrystyczna twarz kształtuje się raptem od kilkunastu lat (odkąd zakopano bagniska Pudong i jednym rozkazem władz – jakie to chińskie! – przekształcono slumsy w najbardziej nowoczesne City świata), o tyle Hongkong ewoluował harmonijnie od 1-go wysokościowca zbudowanego w 1935 roku do 7792-ego w 2014 – i to zgodnie z zasadami Tao (tym się hongkongczycy szczycą!). Klimatycznie to jakby połączenie Nowego Jorku, Londynu i tropików! Ponieważ to miasto dopiero od niedawna jest chińskie (wcześniej było pod panowaniem Brytyjczyków) poczuliśmy się tu trochę jak u siebie, czyli w Europie. A właściwie w Londynie, tylko było więcej palm i częściej musieliśmy chodzić pod górę. Poza tym ludzie uśmiechali się i – WOW! – mówili po angielsku. Tu nawet można by zamieszkać. To pierwsze chińskie miasto, w którym kupiliśmy sok jabłkowy – ulubiony sok Malinki. Tu bez problemy znaleźliśmy ulubioną przez Tosię Pizza Hut i wszystko inne, co posiada Europa, a nie posiadają Chiny. Tu wszędzie są place zabaw i w ogóle jest fajnie 🙂 Tu jest Disneyland. Tu co wieczór jest pokaz świateł, w którym uczestniczą wszystkie największe wieżowce. I nic nie gaśnie po 22 🙂 Dobrze sobie Hongkong zostawić na deser, żeby móc odpocząć od wszystkiego tego, co nas w Chinach męczy, ale bez czego nie byłyby Chinami.

Poza tym jest blisko do Makao, gdzie też jest fajnie, bo kiedyś była tam Portugalia. I można jeść te pyszne portugalskie babeczki 🙂

Tych doświadczeń jakie zdobyliśmy w Chinach, za Chiny nikomu nie oddamy 🙂

Ola i Paweł Merecz

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego