Taksówką do Shaolin

Był jak Cios Wibrującej Ręki. Pojawił się pozornie łagodnie, ale potem nic nie mogło go powstrzymać. Pomysł, żeby przy okazji podróży do Chin zobaczyć na własne oczy to miejsce-legendę. A legenda była dwuwarstwowa… Pierwszą warstwę utworzyły filmy: „Klasztor Shaolin”, 1982, czy „Kill Bill Vol. 2”, i wszyscy ci niesamowici mnisi dokonujących rzeczy tajemniczych, niemożliwych, przekraczających prawa fizyki… Drugą warstwą była fascynująca nas historia Bodhidharmy, założyciela i kung-fu, i buddyzmu ch’an (zen). A obie te rzeczy zdarzyły się właśnie tam – w Shaolin.

.

Klaszor Shaolin Plakat

[polski plakat filmu „Klasztor Shaolin”, reż. Chang Hsin Yen i Xinyan Zhang, z 1982 r., Ojciec-Merecz przeżywał w podstawówce, Matka-Merecz nie, bo miała niecały roczek]

.

Klasztor Shaolin znajduje się w prowincji Henan i został założony w V w. A my do niego pojechaliśmy… taksówką. Oczywiście nie z naszej Pragi-Północ, a z Luoyang, ciekawego miasta (do czego wrócimy) oddalonego 56 km na zachód. Taksówkarz był sympatycznym buddystą, który w okolicach lusterka samochodowego zrobił sobie ołtarzyk. Hotel, rzecz jasna proponował nam inne rozwiązania, ale my wiedzieliśmy swoje. Z taksówkarzem umówiliśmy się na cenę za cały dzień. A była ona niższa od niejednej proponowanej nam wycieczki, czy nawet biletów autobusowych dla całego naszego gangu. Chyba pomysł spędzenia czasu z dala od miasta nawet się taksówkarzowi spodobał, bo chętnie przystał na naszą propozycję. Do tego, jak się później okazało był niezwykle wyluzowany.  Czekał na nas cały boży dzień i nie zwątpił (o tym później).  Wyruszyliśmy skoro świt i po prawie półtorej godziny jazdy przez wzgórza i liczne wioski dotarliśmy na parking przy wielkim pomniku  przedstawiającym buddyjskiego mnicha wykonującego ów charakterystyczny gest szacunku – przyłożenie zaciśniętej pięści do wyprostowanej dłoni…

.

AV5C0888

.

Za pomnikiem znajduje się główna brama do ogromnego kompleksu klasztorno-sportowego, składającego się z niezliczonej ilości szkół kung-fu okalających starą legendarną część Klasztoru Shaolin.

Bilety kupujemy w kasie, przez obrotowe bramki przechodzimy przez rozbudowaną betonową bramę i kierujemy się w prawo, w kierunku Klasztoru. Po drodze mijamy kilkanaście szkół Wushu Kung Fu, każda szkoli chińską młodzież, która licznie zjechała tu na wakacyjne obozy treningowe. Zresztą „liczna” to spore niedopowiedzenie. Młodych ludzi, od małych dzieci do nastolatków, w dresach z emblematami swoich szkół są tu tysiące. Widzieliście filmik do muzyki M.I.A. na stronie National Geographic „36.000 Kids You Don’t Want To Mess With”? No właśnie!


.

Praktycznie

Godziny otwarcia: 7:30 – 17:30; Wstęp: 100 juanów

Dojazd albo z Zhengzhou (ok 70 km na wschód, ok 2h autobusem), albo z rekomendowanego przez nas (ze względu na Longmen Grottoes) Luoyang na zachodzie (1,2h autobusem). Przystanek autobusowy nazywa się… „Klasztor Shaolin” 🙂 Można też zatrzymać się odległym o 13 km miasteczku Dengfeng.

.

Pół kilometra spacerku wśród adeptów kung-fu i dochodzimy do miejsca, gdzie codziennie odbywa się 30-minutowy pokaz kung-fu wykonywany przez mnisich uczniów. Czekamy pewnie nie dłużej niż kwadrans i zaczyna się!

.

AV5C0899

.

Z głośników rusza muzyka, na scenę pod gołym niebem wybiegają młodzi chłopcy w pomarańczowych szatach i – wyposażeni w najrozmaitsze narzędzia walki lub nie – pokazują, co potrafią – oczywiście jest to show, wiecie o co chodzi, bo na pewno gdzieś się na to napatoczyliście w Internecie czy telewizji.

.

AV5C0951 AV5C0945

 

 

.

Niemniej na żywo, nawet z całą świadomością, że jest to spektakl, wyuczona choreografia „na motywach” technik kung fu, to i tak jest to poruszające – oni naprawdę opanowali swoje ciała w niesamowitym stopniu! Zobaczcie to na naszym filmiku. Wyjątkowo pokażemy wam jego dwie wersje, bo każda wydaje nam się atrakcyjna na swój sposób i nie umiemy się zdecydować.
Wersja pierwotna:
.
.

I wersja wtórna 😉
.

.

Pop-wersja za nami, ruszamy zobaczyć korzennie prawdziwy Klasztor Shaolin! Mijamy Wushu Training Center, gdzie młodzież ostro trenuje i podekscytowani idziemy 600-metrową aleją w kierunku legendarnej kolebki kung fu. No jest – dwa okrągłe okna, centralnie brama – ten sam, co na filmach!

.

AV5C1124

.

Wchodzimy do klasztornego kompleksu na jeden z kilku dziedzińców… Wprawdzie sporo jest tu turystów, fanów kung-fu i pielgrzymów, ale klimat jest! Skąd inąd wiemy, że część budynków, postumentów i rzeźbionych lwów jest tu starych jak świat, część jest odbudowana (ot, choćby po sporym pożarze w 1929 r.). Niemniej klasztor jest wciąż klasztorem, to znaczy są tu i praktykują mnisi buddyjscy. Zresztą pielgrzymi i turyści także zachowują szacunek i należyte rytuały – zapalają kadzidła, składają pokłony…

.

AV5C1063 AV5C1067

.

Na klasztor składa się kilkanaście zabudowań i dziedzińców. Do najznamienitszych należą Dom Niebiańskich Królów, Dom Kochającej Życzliwości, Dom Chuipu, Świątynia Mahavira oraz Biblioteka, a także Wieża Dzwonów i Wieża Bębnów.

.

AV5C1081 AV5C1079 AV5C1119

.

My szukamy legendarnego budynku Zachodniego Muru (Xīfāng Shēngrén Diàn), gdzie w kamiennej posadzce niezliczone pokolenia adeptów kung-fu od siedzenia w medytacji wyżłobiły zagłębienia. Nie można do tej sali wejść, ale można do niej zajrzeć, co robimy (niektórzy z nas z nabożną czcią mitomanów 😉 Na terenie klasztoru znajduję się jeszcze jeden obiekt z tej samej mańki, mianowicie drzewo pełne otworów, zrobionych ponoć przez trenujących siłę palców mnichów na przestrzeni wielu stuleci…

.

AV5C1076 AV5C1050

.

 

Ciekawostka kulturowa

‘Kung-fu’ znaczy „sztuka”, „mistrzostwo” i odnosi się do wszelakich kunsztów, cały świat jednak tak określa chińską sztukę walki wręcz. Istnieje kilkanaście różnych stylów, a w ich ramach kilkaset (mówi się o trzystu) podstawowych kierunków. Dzielą się one na dwie grupy: Nei-Chia to o skomplikowany zestaw żmudnych ćwiczeń ruchowych i oddechowych oraz wielogodzinne medytacje, których efektem jest wyzwolenie energii wewnętrznej, tutaj walkę prowadzi się prostymi, ale skutecznymi technikami. Drugą grupą są efektowne style zewnętrzne Wai-Chia oparte na starochińskich metodach naśladowania ruchów zwierząt: żurawia, małpy, niedźwiedzia, orła, węża, smoka… Znamy to z filmów, prawda?

.

AV5C1059 AV5C1058

.

Sam klasztor to zaledwie część mistyczno-krajoznawczych atrakcji tej okolicy. Nieopodal znajduje się Shàolín Tǎlín czyli Pagodowy Las (the Pagoda Forrest), czyli niezwykle klimatyczny cmentarz, na terenie którego znajduje się 248 zbudowanych z cegły pagód zawierających prochy mistrzów i znaczących mnichów.

Ale nasz wzrok przyciągnęło przede wszystkim coś innego… Mianowicie na szczycie jednej z otaczających dolinę gór dostrzegliśmy kolosalnych rozmiarów białą figurę medytującego buddy. Szybko zasięgnęliśmy języka i dowiedzieliśmy się, że to pomnik założyciela buddyzmu chan (znanego u nas z japońska jako ‘zen’) i ojca-protoplasty kung-fu hinduskiego misjonarza Bodhidharmy, który w V wieku przybył tu i medytował.

.

AV5C1095

.

Ciekawostka kulturowa

Charakterystyczne, bo zarośnięte i zabawnie „ponure” oblicze Bodhidharmy, zwanego w Chinach Puttidamo lub po prostu Damo, spogląda na gości Klasztoru Shaolin z niezliczonych płaskorzeźb, obrazów i wydruków… Nic dziwnego, bowiem to właśnie ten przybyły z Indii 28 patriarcha buddyzmu założył szkołę buddyzmu chan i zen i, według legendy, zainicjował system ćwiczeń, który wyewoluował w kung-fu. Bodhidharma przybył najpierw na dwór cesarza Chin do Nankin, gdzie jednak zbił władcę z pantałyku udzielając mu – jak się potem okazało, zgodnie z naukami Chan – paradoksalnych odpowiedzi, postanowił więc przenieść się do Shaolin, gdzie jednak, zamiast w klasztorze, osiadł w jaskini w oddalonej o kilka kilometrów górze i mieszkał tam dziewięć lat medytując zwrócony do ściany. Wytrwałością praktyki i mądrością nauk zdobył sobie szacunek mnichów z Shaolin. Badacze przypisują Bodhidharmie autorstwo dzieła „Nauczanie Zen: Wstęp do praktyki” oraz ogromny wpływ na rozwój buddyzmu w Chinach.

.

AV5C1137

.

 

No więc ruszyliśmy ścieżką na górę Wuru Feng. Oj, było pod górkę, ale… warto! Najpierw zajrzeliśmy do zdecydowanie mniej uczęszczanej przez turystów niesamowicie klimatycznej Świątyni Chuzu An, najstarszej budowli drewnianej w całej prowincji. A potem zaczęliśmy długi… naprawdę długi… trekking w górę.

.

AV5C1132 AV5C1131

.

Szliśmy, szliśmy, szliśmy, a potem wspinaliśmy się po schodach, wspinaliśmy się po schodach, wspinaliśmy się… Gdzieś w dwóch-trzecich wysokości góry znajduje się legendarna Jaskinia Bodhidharmy, wciąż żywe miejsce kultu, pełne kadzideł i kwiatów przynoszonych tu przez mnichów i pielgrzymów. I my złożyliśmy wyrazy szacunku, to w końcu miejsce i legendarne, i historyczne. Zatrzymaliśmy się tam na chwilę medytacji, w czym celowała 4-letnia wówczas Malina, zresztą niezwykle dzielna na tym niełatwym szlaku. I to Malina właśnie podjęła decyzję, że nie! jeszcze nie wracamy, choć zmierzcha, tylko wspinamy się na sam szczyt. No więc wspięliśmy się!

.

AV5C1156 AV5C1188

.

Ogromny pomnik siedzącego w medytacji brodatego Bodhidharmy robi wrażenie. Także widoki stąd na okolice są warte wysiłku. Dolinę Shaolin otacza łańcuch malowniczych obrośniętych lasem gór. Najwyższa jest góra Shaoshi (1512 m.n.p.m), od której pochodzi nazwa klasztoru. Akurat na tamtą górę, w przeciwieństwie do naszej, można sobie wjechać kolejką linową (20 minut, 60 juanów), nie wiemy, czy warto, bo nie skorzystaliśmy, ale słyszeliśmy, że w kobiecym klasztorze, który się znajduje w okolicach szczytu są cztery studnie, z których każda ma wodę o innym smaku (kwaśną, słodką, ostrą i gorzką). Wiele dobrego słyszeliśmy także o trekkingu na sąsiednią górę Sanhuangzhai – to wprawdzie całe 15 km, ale za to na szlaku przechodzi się przez wiszący most linowy o 782 stopniach – to musi być czad!

.

AV5C1171 AV5C1165

.

AV5C1163.

Zachwycaniu się widokami na przeszkodzie stanęło nam słońce, które wzięło i zaszło. Musieliśmy ostrożnie schodzić w dół. Schodzenie, jak to schodzenie, mimo wszystko było stokroć łatwiejsze niż wspinaczka w górę, więc tym razem owe cztery kilometry z powrotem do Klasztoru Shaolin pokonaliśmy w świetle ekraników telefonów dość szybko. Minęliśmy klasztorne zabudowania i ruszyliśmy do wyjścia z kompleksu klasztorno-sportowego. No i wtedy zdarzył się nam naprawdę niezapomniany widok – w niemal zupełnych ciemnościach rozlegle place, klomby i trawniki na kilkusetmetrowym odcinku do bramy wyjściowej zostały objęte w posiadanie przez dosłownie tysiące młodych adeptów kung-fu, którzy akurat wtedy najwidoczniej mieli „czas wolny”! Wydurniali się, popisywali, robili fotki, pokazywali sobie rzeczy na ekranach telefonów… Kung-fu szał! 😉

.


.

AV5C1109.

 

Gdy przekroczyliśmy bramę kompleksu stał tam jeden samiutki-samiuteńki samochodzik, a przy nim jeden samiutki-samiuteńki kierowca. Był to oczywiście nasz buddyjski taksówkarz, którego wcześniej uprzedziliśmy esemesem o „lekkiej obsuwie” spowodowanej niezaplanowanym trekkingiem. Nasz buddysta-taksówkarz uśmiechnął się tylko i spokojnie i bezpiecznie zawiózł nas z powrotem do Luayang, gdzie nazajutrz… Ale o niezwykłych Longmen Grottoes, gdzie na przestrzeni kilometra znajduje się 100 tysięcy wykutych w nadrzecznym klifie grot i grotek, a w każdej znajduje się figurka, figura lub figurzysko Budddy – już w kolejnym artykule…

 

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *