SZTUKMISTRZE Z LUBLINA

Gdy Isaac Bashevis Singer pisał „Sztukmistrza z Lublina”, ani mu do głowy pewnie nie przyszło, że pół wieku później zainspiruje wydarzenie, które da ludziom maksimum uciechy. A zresztą kto go tam wie, w końcu to mędrzec był i noblista, więc może mu i przyszło 😉 Nam za to przyszło do głowy, że musimy to zobaczyć na własne oczy…

 

 

Pierwszego sztukmistrza ujrzeliśmy jeszcze z parkingu nieopodal Bramy Krakowskiej, a właściwie ujrzeliśmy go nad Bramą i to hen. Rozpięto tam bowiem linę, na której ów śmiałek przechodził dobre kilka pięter ponad ruchliwą ulicą. I nie miał on w ręku tej poprzecznej tyczki, która pomaga utrzymać równowagę, o nie. Praktykiem był bowiem innej szkoły linoskoczków, a mianowicie slacklajnowców, którzy – owszem – używają zabezpieczeń (takich jak współcześni alpiniści), ale tyczek już nie. Jest to znacznie trudniejsze, ale też zdecydowanie bardziej widowiskowe, bo slacklajnowcy ze swojej liny co i rusz… spadają! Oczywiście gdy już zadyndają do góry nogami, to błyskawicznie znowu się ma linę wdrapują i kroczek za kroczkiem brną dalej, aż… do następnego opsknięcia. Więc liczni przechodnie z zadartymi w górę głowami po obu stronach Placu Łokietka wydawali co chwila głośne: Ooo! I Aaa! I klaskali po każdym upadku, co podchwyciła nasza Miłka. I jak się wnet okazało, przydała jej się ta nauka, i to wielokrotnie, bo ten slacklajnowiec nad Bramą Krakowską był pierwszym z legiona, którzy tego dnia nad ulicami i placami Starego Miasta w Lublinie po linach hasali. I tak nas właśnie, od razu na najwyższym (dosłownie) poziomie wrażeń, przywitał CARNAVAL SZTUKMISTRZÓW…

 

 

Przeszliśmy przez Bramę – co trwało, bo nie dość że fantastycznie była tego dnia udekorowana i aż się chciało te zwisające z niej i powiewające na wiaterku gigantyczne papierowe meduzy obejrzeć i sfilmować, to jeszcze takich oglądaczy jak my (lokalnych i przyjezdnych z kraju i ze świata) były całe rzesze. A tłum ten był niezwykle sympatyczny i uśmiechnięty. Bo jak tu się nie uśmiechać, gdy co i rusz na ulicy widzi się a to żonglera, a to połykacza ognia, a to klauna…

No właśnie, sztukmistrzów, jak się okazuje, wiele łączy, ale też wiele pięknie odróżnia. Każdy ma swój patent na przyciągniecie uwagi widzów, na zafascynowanie ich, wciągnięcie w akcję i trzymanie w napięciu od początku do końca. Jedni robili to naprawdę po mistrzowsku, choćby samym słowem, inni potrzebowali większej dawki życzliwości ze strony publiczności i multimedialnego wsparcia, ale że festiwal lubelski trzyma wysoki poziom, to wszyscy co do wyjątku wywoływali u widzów ów unikalny dziecięcy zachwyt! No i wspomniany uśmiech. A co ich łączy? Ulica. Bo ten festiwal, to jest przede wszystkim wielkim świętem artystów ulicznych.

.

.
Jest to sztuka wymagająca od widzów otwartości, poczucia humoru i trochę… twardych łokci 😉 Bo żeby zając dobre miejsce, to trzeba się trochę napracować i przez tłum jak najbliżej artysty się przebić. Ale jak już się człowiek przebije na tyle, żeby stojącego w centrum sztukmistrza widzieć, to się zaczyna magia.

 

 

Pierwszy obejrzany przez nas tego dnia szoł dał sztukmistrz-gapowicz. Nie było go w oficjalnym programie festiwalu, po prostu rozstawił się przy chodniku na Placu Łokietka i dał czadu! Był to taki gibki, wysportowany i wygadany akrobata i komik o wyglądzie pół-indiańskiego pirata z Ameryki Południowej. Niewiele o sobie mówił, więc nie wiemy, ale występ dał świetny, choć cokolwiek eklektyczny. Bo repertuar miał szeroki – od żonglerki pałkami, poprzez żonglerkę pałkami na monocyklu, żonglerkę mieczami, ekwilibrystykę najróżniejszymi przedmiotami, aż po liryczno-poetycki finał ze szklaną kulą.

 

 

Wciągał publiczność do zabawy nie gorzej niż wielcy mistrzowie gatunku, toteż nagrodzono go gromkimi brawami i… szczodrą wrzutką do kapelusza na zakończenie. Zachwycone Malina i Tosia także wrzuciły po piątaku i ruszyliśmy dalej lubelskim Krakowskim Przedmieściem w stronę Placu Litewskiego. Szło się zresztą nieśpiesznie, bo poprzez tłum. Składał się na niego pełny przekrój demograficzny nasz rodzimy, ale też panświatowy. Język angielski było słychać często, co nie dziwi, bo wiadomo, ukraiński też nieszczególnie, bo to w końcu po sąsiedzku, ale hiszpański i francuski – o, to już świadczy o renomie festiwalu, że ściąga do Lublina fanów sztuki ulicznej z całej Europy. Ale wróćmy do artystów…

Takich jak ten pierwszy – anonimowych i adhocowych sztukmistrzów, kuglarzy i żonglerów spoza oficjalnego programu festiwalu widzieliśmy na Krakowskim Przedmieściu wielu, przy każdym warto było na chwilkę przystanąć, ale już wkrótce przekonaliśmy się, że organizatorzy wiedzieli, co robią, gdy zaprosili na oficjalne występy takich mistrzów jak Abraham Arzate.

 

 

Już z daleka chciało się przyspieszyć i jak najszybciej wejść w krąg widzów otaczających tego przekomicznego Włocha. I co z tego, że mówił po angielsku, skoro – za pomocą jakiejś niezwykłej charyzmy i połączonych sił naturalnego komizmu i empatii – potrafił wciągnąć do szalonej zabawy ogromny tłum naszych rodaków! Jego szoł nazywał się „Record Breaker” i niby polegał właśnie na biciu rekordów, ale najbardziej absurdalnych i przekomicznych. Właściwie klasycznych sztuczek i trików było w tym występie niewiele, bo główną, huraganową siłą imć Arzante były megaumiejętnie przedstawione… wygłupy do potęgi. Zresztą dokładnie tak na koniec występu wyłożył nam swoje artystyczne kredo – przedstawił się bowiem jako „professional idiot”, który nie cofnie się przed niczym, żeby rozbawić najbardziej nawet zatwardziałych ponuraków. Ten występ zgromadził po wschodniej stronie Pomnika Unii Lubelskiej ponadtysięczną publikę i był wspaniały! A po zachodnie stronie, na Placu Litewskim, już zaczynał się kolejny…

 

 

Sari Mäkelä to fińska artystka, której „The Great Granny Show!” może wprowadzić w osłupienie. Bo artystka wygląda na 70-letnią babcię w domowym fartuszku i chuście na głowie, a wykonuje niezwykłe akrobacje z gracją dwudziestolatki. To jest nie-sa-mo-wi-te! Bo jednocześnie niezwykle zaskakujące, efektowne z fizycznego punktu widzenia, ale też przezabawne, bardzo fajnie wymyślone i wykonane. Jak przeczytaliśmy: „Sari w swoich przedstawieniach łączy hooping, jazdę na monocyklu, breakdance z klownadą”, co zarysowuje w przybliżeniu artystyczny zakres występu, ale nie oddaje w pełni umiejętności najsprawniejszej seniorki świata! Jazda w obręczy – ciary! 😉

 

 

Jak tylko się z Wielką Babcią pożegnaliśmy – Tosia z Maliną pobiegły do niej po występie i musiały się przez tłum przebijać, żeby po te kilka złotych do jej kapelusza wrzucić, tak się ludzie ubawili i tłumnie chcieli Fince odwdzięczyć – to znowu na wschodnią stronę Pomnika się udaliśmy, bo już do występu szykował się kolejny artysta – teraz dla kontrastu młodziutki, bo dwudziestoletni Kacper Wydmański, rodak nasz zdolny w cylindrze. Szoł miał udany, choć mniej cyrkowy w sensie wyczynu fizycznego i mniej komediowy, to jednak miał nasz artysta w repertuarze zdecydowanie więcej niż opisani powyżej sztuczek i trików iluzjonistycznych. I dzieciom znowu tak się podobało, że nie chciały wyjść, a tymczasem nieopodal, na Placu Litewskim już zaczynał się – na zakładkę – kolejny świetny szoł…

 

 

Claudio Mutazzi po mistrzowsku żonglował… samplami muzycznymi za pomocą tableta, dzięki czemu, niczym najlepszy deejeey rozkręcił multimedialnie widowisko z udziałem publiczności, między innymi… Mamą Merecz! 🙂 Zdybał ją bowiem, gdy szukając najlepszego miejsca do kręcenia filmiku, skradała się się wzdłuż kręgu widzów. Mistrz Claudio wciągnął Olę do gry, zabrał jej kamerę, i kazał robić rzeczy niesłychanie śmieszne. Kamerę na zakończenie oddając, udał że niefrasobliwie jej ją rzuca na odległość kilku metrów nad brukiem i zrobił to tak, że nasza niespodziewana artystka o mało zawału nie dostała, a publiczność miała ubaw po pachy! Świetny był Senior Mutazzi z tym swoim kapelutkiem i skromnym z pozoru, ale jak się okazało potężnie multimedialnym wózkiem na kółkach wyglądającym niczym rekwizyt z  oldskulowego teatru Cricot Kantora.

 

Przechodząc Krakowskim Przedmieściem z powrotem na Stare Miasto mijaliśmy innych artystów w cylindrach, którzy niezmiennie zbierali wokół siebie publiczność racząc ją sztuczkami i żartami. Kierowaliśmy się na Plac Trybunalski, bo tam już za chwilę miał wystąpić…

 

 

Mistrz Polski w… połykaniu mieczy Krystian Minda. No, sami przyznacie, że brzmi to intrygująco 🙂 Wystąpił za gmachem Starego Ratusza, oczywiście na bruku, ludzie ustawili się w zwyczajowy krąg i się zaczęło… Taki trochę średniowieczny klimat się pojawił, bo mistrz wyglądał na chłopa na schwał i sztuki, którymi bawił (i przerażał) licznie zebraną publiczność ostre były niczym miecz właśnie. A nad naszymi i mistrza głowami, mimo zapadającego zmroku, niestrudzenie „przechadzali” się linoskoczkowie. Podobało się tak bardzo, że zachwycona publiczność długo po występie nie chciała sztukmistrza ze sceny – choć oczywiście sceną, zgodnie z etosem artystów ulicznych, był otoczony półkręgiem widzów kawałek placu – puścić. A w międzyczasie do występu szykował się…

 

 

Mistrz plucia ogniem Marcin Ex Styczyński. Ogniomistrz Marcin od razu odpowiednio nastroił, a raczej podekscytował publiczność, bo prosząc o zrobienie miejsca na występ, z tuzin razy wypowiedział frazę „bardzo niebezpieczne”, czym oczywiście nomen omen podgrzał atmosferę. „Plucie ogniem” może i nie brzmi szczególnie romantycznie, ale artysta określenie to uznał za najbardziej adekwatnie określające jego popisowy numer. Zaczął od rozgrzewki – a że już zapadł zmrok – wypadła nader ogniście. Następnie kompletnie nakrył się ognioodpornym pomarańczowym kombinezonem (w ogóle solidnie dbał o BHP, w newralgicznych momentach zakładał nawet okulary ochronne) i zaczął… pluć ogniem. Ale nie tylko, bo i ogień „połykał”, i machał płonącymi maczugami.

 

 

Tyleśmy z grubsza zdołali tego dnia na własne oczy zobaczyć i przeżyć. A był to przecież jedynie czubek góry lodowej tego, co się w Lublinie działo. Wszyscy wymienieni powyżej z nazwiska artyści byli oficjalnie przez organizatorów Carnavalu Sztukmistrzów zapowiedziani, opisani w porządnie wydanym programie, odpowiednio nagłośnieni i w ogóle profesjonalnie ogarnięci. Ale, jako się rzekło, dookoła występowały – zgodnie z duchem i etosem sztuki ulicznej – tuziny artystów offowych. Ot, choćby podczas opisanego właśnie występu ogniomistrza Ex na tyłach gmachu Trybunału Królewskiego, od frontu niemal równie liczną publiczność zabawiała występująca nieoficjalnie trupa sztukmistrzów ognia. I tak było w całym niemal obrębie lubelskiego Starego Miasta, Krakowskiego Przedmieścia i Placu Litewskiego.

 

 

To pokazuje, jak otwartym i bogatym w wydarzenia miejscem staje się Lublin podczas tego niezwykłego Festiwalu. Wspomnieć tu należy, że nam się udało tu zawitać tylko na jeden dzień, a festiwal trwa dni cztery – każdy wypełniony tuzinami atrakcji o podobnym kalibrze, jak te opisane. A przecież oprócz występów ulicznych, podczas Festiwalu odbywają się i warsztaty, i koncerty, i występy sceniczne (bilety należy kupować online z wyprzedzeniem, bo już na tydzień przed są niemal wszystkie wyprzedane), na których odbywają się spektakle na najwyższym światowym poziomie. Jest pod lubelskim zamkiem miasteczko namiotowo-truckfoodowe, gdzie i zabawić się można setnie, i porządnie najeść. Słowem – KARNAWAŁ!

 

CARNAVAL SZTUKMISTRZÓW odbył się w tym roku w Lublinie po raz piąty – w dniach 27-30 lipca. Wszystkie praktyczne informacje i pełną tegoroczną listę oficjalnie zaproszonych Sztukmistrzów z  barwnymi opisami ich specjalności znajdziecie na świetnie opracowanej stronie: sztukmistrze.eu

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *