Tokio Story: Shibuya 渋谷

Z próbą uchwycenia charakteru tego miasta, jest jak z klaskaniem jedną dłonią z tego słynnego japońskiego koanu zen. Przecież każda stacja tokijskiego metra to portal do innej rzeczywistości. Czy Tokio to skrzyżowanie Shibuya z zebrami przez środek, czy może raczej tradycyjna Asakusa z buddyjską pagodą i targiem? Wielkomiejska Ginza? A może Odaiba z muzeum innowacyjnych technologii MIRAIKAM?

Różnorodność musi być cechą miasta, w którym mieszka tyle ludzi, co w całej Polsce (serio, ostatni spis ludności podaje liczbę 38 milionów mieszkańców obszaru metropolitalnego Tokio!). Te światy są tak różne, że nie sposób ich ze sobą skleić… Wtem – oświecenie! (Klask-klask! Słyszycie dźwięk klaszczącej dłoni? 😉 Nie będziemy sklejać! Opowiemy jak jest, kawałek po kawałku. Teraz…

 

SHIBUYA (渋谷)

Shibuya crossing

Skrzyżowanie Shibuya jest matką-królową wszystkich japońskich zebr!

 

Z naszej oswojonej Asakusy codziennie ruszaliśmy w inne rejony Tokio – tak różne i ciekawe. A zaczęliśmy nazajutrz po przyjeździe od trzech miejsc, które zawsze jawiły się nam (ale też najprawdopodobniej wielu innych fascynatom Japonii) jako owo ikoniczne Tokio właśnie, a wszystkie one znajdowały się, tak się akurat zdarzyło, w jednej dzielnicy o nazwie Shibuya. 

Pierwszym była „zebra”, drugim pies, a trzecim tęczowa babeczka. Ale po kolei…

Jeśli przejście dla pieszych mogłoby się stać ikoną miasta, jego energii, dynamiki, ba, kultury i zasadniczo podejścia do rzeczywistości, to byłoby to właśnie słynne skrzyżowanie przed dworcem Shibuya. Słynie nawet nie tyle z samego niecodziennego dla nas (ale dla Tokio jednak standardowego sposobu przeprowadzania „zebr” – nie tylko w poprzek dochodzących do dużych skrzyżowań ulic, ale też na skos przez środek), co głównie przez niezliczone tłumy ludzi zalewające skrzyżowanie z każdym zielonym. I to praktycznie niezależnie od pory dnia czy nocy! My byliśmy tam kilka razy i zawsze fascynowała nas energia tego miejsca.

 

Nikt się z nikim nie zderza, wszyscy tak „po japońsku” czyli jednocześnie energicznie i celowo, ale też jakoś tak na luzie idą tam, gdzie potrzebują. Fajne! Oczywiście, gdy to samochody mają „zielone”, to już standardowo naprzemiennie według kierunku przecinających się pasów jazdy. Kierowcy w Japonii jeżdżą bardzo spokojnie i uważnie, więc cykl przejazdów przez skrzyżowania jest świetnie wyregulowany, nikt na „mocno-pomarańczowym” nie przejeżdża, więc jest miło. Generalnie przyjemnie jest na ten rytm sobie popatrzeć.

AV5C4707

Czy w dzień, czy w nocy, chodzi się! (widok ze okna kawiarni Sturbacks z 1. piętra domu towarowego Q-front)

I my patrzyliśmy. A miejsce obserwacyjne znaleźliśmy idealne – usiedliśmy bowiem sobie wygodnie w wielkich oknach Starbucksa na drugim piętrze budynku Tsutaya po północnej stronie skrzyżowania. I racząc się latte macchiato  (Merecz-Ojciec) oraz matchą z mlekiem (Merecz-Matka i Mereczówny), nie tylko z fascynacją obserwowaliśmy ten unikalny „kontrolowany chaos”, ale też nakręciliśmy o tym filmik, a nawet dwa: wersję dzienną i nocną. Podczas pierwszej naszej wizyty zarejestrowaliśmy też pewne niespodziewane polonicum. Oto bowiem, podczas jednego z tłumnych przelotów pieszych, stanął sobie nieruchomo na środku pewien jegomość i rozpostarł nad głową czerwony szalik z napisem „Polska”, no jakby specjalnie dla nas! 😉 (rzecz jasna nie robił tego dla nas, tylko dla fotografującej go towarzyszki, ale dla nas zdarzenie nabrało cech wydarzenia:) Chcecie go zobaczyć? Przyjrzyjcie się pierwszej fotografii w tym artykule 🙂

AV5C5249 2

Dziesiątki ekranów wideo, setki neonów, tysiące przechodniów… Trochę jak Piccadilly, ale bardziej, Shibuya, Tokio, Japonia.

Okolice skrzyżowania Shibuya to także popularne miejsce spotkań Tokijczyków. I ten fakt – w połączeniu z wysokim „wolumenem tłumu” – sprawił, że firmy reklamowe obwiesiły okoliczne budynki gargantuicznych rozmiarów ekranami i neonami. Panie i Panowie, to naprawdę robi wrażenie! Całość przypomina londyńskie Piccadilly Circus, choć biorąc pod uwagę wysokość i architektoniczny styl budynków, może nawet bardziej nowojorski Times Squere. Paranowojorskie klimaty budowały też występy japońskich hiphopowców, na które akurat się napatoczyliśmy podczas naszego drugiego wieczornego przyjazdu. Zobaczcie fragment unikalnej ulicznej slam-battle Made in Japan na końcu naszego filmiku Merecz in Japan: Tokyo (Zen Edition).

AV5C9519

Hachikō, najwierniejszy pies Japonii. Hau, hau! Skwer przy wyjściu ze stacji metra Shibuya, Tokio, Japonia.

Od strony dworca plac ze skrzyżowaniem zdominowany jest przez stojący w setkach grupek rozgadany tłum, który upodobał sobie tę część skweru jako miejsce spotkań. A w centrum tego zamieszania stoi jego przyczyna – pomnik. To jest chyba naturalny wielkomiejski fenomen, że ludzie mają tendencję do umawiania się pod pomnikami, weźmy ot, choćby zjawisko krakowskiego umawiania się „pod Adasiem”, albo warszawskiego „pod Zygmuntem”. W Tokio umawia się „pod Hachikō”. Hatchikō to imię psa. I pies ten zasłynął na świecie tym, co tak nas, ludzi, porusza w psach najbardziej – ich bezgraniczną lojalnością i oddaniem wobec swojego opiekuna. Jak się już domyślacie Hachikō miał pana, którego codziennie odprowadzał tu na stację, a następnie czekał i witał go w tym miejscu, gdy ten wracał z pracy. No i zdarzyło się, że pan – zresztą znany z imienia i nazwiska profesor Hidesaburō Ueno z Uniwersytetu Tokijskiego – odszedł był w zaświaty będąc w pracy i nie pojawił się więcej na stacji Shibuya. A Hachikō przez kolejne dziesięć lat codziennie dreptał tutaj w godzinie przyjazdu wieczornego pociągu i na niego czekał. No i postawiono mu pomnik, w końcu lojalność to narodowa cnota Japończyków. Zresztą opowiedziana tu po łebkach historia jest naprawdę fascynująca.

Okazało się np. że Hachikō był jednym z 30 przedstawicieli rasy akito, że odkrył to post factum student profesora, który to wykładał na wydziale rolnictwa, że pisał o tym artykuły nie tylko sentymentalne, ale też naukowe, że to przyciągnęło uwagę mediów, jak to się potem rozprzestrzeniło, jak to wybitny rzeźbiarz stworzył rzeźbę w 1934 roku, jak podczas wojny przetopiono ją na broń, a po wojnie specjalny komitet zamówił jej wersję 2.0 u syna zmarłego już rzeźbiarza, jak już współcześnie dziennik Japan Times w prima aprilis 2007 zrobił sobie wokół pomnika żart, który wstrząsnął Japonią, jak to napisano o tym wiele książek i nakręcono kilka filmów, w jednym z których zagrał Richard Gere, a muzykę skomponował Jan Kaczmarek, a wykonała ją Orkiestra Polskiego Radia i Telewizji… Oj, można by tak długo, wyguglujcie sobie, bo to fascynująca rzecz!.

Tak czy inaczej związany z tym miejscem pies Hachikō przeszedł do historii, jego imieniem nazwano najbliższe wejście do stacji Shibuya (Hachikō-guchi), a teraz przewiesza się przez grzbiet jego pomnikowego wcielenia jakieś szarfy z napisami i tłumnie stoi obok, rozmawiając. My też tam przystanęliśmy i rozmawialiśmy, co uwieczniliśmy i na filmiku, i na tej oto fotce.

O „zebrach” i psie już było, to teraz o tęczowym ciasteczku… Kilkaset metrów na północ od słynnego skrzyżowania, wciąż w sercu dzielnicy Shibuya, jest miejsce, która dla wielu (zwłaszcza nastolatków, acz nie tylko) znaczy wiele – Harajuku!

 

AV5C9533

Fragment wystroju wnętrza “Kawaii Monster Cafe”, Harajuku, Shibuya, Tokio.

Naszym naczelnym fascynatem i ekspertem od Harajuku (原宿) była, jest i pewnie długo jeszcze będzie Tosia. Raczyła nas intensywnie youtubowymi filmikami pokazującymi dziwnych ludzi w dziwnych fryzurach i w dziwnych ubraniach, i przekonywała, że to jest najfajniejsze w Japonii, że to jest Japonia właśnie. Że to jest… kawaii! No właśnie, ‘kawaii’ to kulturowo-estetyczno-socjologiczny japoński fenomen, o którym będziemy jeszcze osobno szerzej pisać, bo to ciekawe, ale teraz tylko wspomnimy, że ta unikalna fascynacja rzeczami ‘słodkimi’, ‘kochanymi’, ‘miłymi’ mogłaby się ocierać o kicz, gdyby nie ów mocny rys szlachetności i świadomego wyboru, który w japońskim wydaniu mu towarzyszy. I taka jest właśnie – „po bandzie” i bezkompromisowa – moda i styl życia, którego kolebką od kilku dekad jest Harajuku.

Harajuku to geograficznie kilka ulic, z których centralna nazywa się… Harajuku. To tam znajdują się legendarne butiki i kluby, gdzie młodzi Japończycy przełamywali schematy, szli na czołowe z tradycją, sięgali bezkompromisowo po to, co im się w popkulturze i sztuce najbardziej podobało i śmiało łączyli w nowe zaskakujące zestawienia. Oglądając filmy anime, mangę, ale też choćby „Matrixa” zobaczymy styl, który narodził się właśnie te kilkaset metrów na północ od pomnika psa Hachikō.

ciacho

Najbardziej kolorowe lody świata to deser po najbardziej kolorowym makaronie świata 🙂 “Kawaii Monster Cafe”, Shimbuya, Tokio, Japonia.

Weszliśmy w uliczkę Harajiku wypatrując dziwnych ekscentryków… No cóż, prawdę pisząc, tłumów ich tam nie było, może dzień nie ten, może pora dnia, ech, co tam, kilkanaście ciekawych miejsc typu modowe sklepiki, kolosalne plastikowe awokado i różowy zegar widzieliśmy… Więc niezrażeni poszliśmy w miejsce, gdzie wiedzieliśmy, że na 100 procent dostaniemy maksymalną dawkę kawaii i „harajuku style” – „Kawaii Monster Cafe”! Tę niezwykłą kawiarnię Tosia nam już rok wcześniej w internecie pokazała i stała się ona żelaznym punktem programu poznawania Japonii. Jak ją sobie wyguglujecie, od razu zrozumiecie, że nie mogliśmy sobie tego odpuścić (Psst, my mogliśmy, ale Tosia nie). To jedna z tych rzeczy, które można albo pokochać, albo znienawidzić, obojętnym pozostać nie sposób – takie nagromadzenie ‘słodkości’ w jawny sposób przekraczających wszelkie normy, bezczelnie rozbija uprzedzenia. To już nie jest kicz, to jest fenomen! I pal licho wystrój, który jest kwintesencją ‘kawaii’, najciekawsze są potrawy (kolorowy słodki makaron, tęczowe ciastka i lody o fantazyjnych kształtach z pogranicza szaleństwa!) oraz prowadzący ten przybytek młodzi ludzie, którzy jeden w jedną wyglądają jak co bardziej walnięci krewni Szalonego Kapelusznika! Zobaczcie najlepiej sami w 2 minucie naszego filmiku Merecz in Japan: Tokyo (Zen Edition).

 

Uff… Z jaką to ulgą – mimo wszystko – dwa kwadranse po opuszczeniu „Kawaii Monster Cafe” wkroczyliśmy w spokojne alejki parku Yoyogi kōen (代々木公園).

AV5C9559

Tokijski “Central Park”, czyli Yoyogi kōen (代々木公園) to mekka dla pragnących odświeżenia w gorący letni dzień w Tokio.

Gdyby znowu szukać analogii, to Yoyogi park jest tokijskim Central Parkiem. Są takie zdjęcia w internecie, gdzie w morzu gęstej miejskiej zabudowy widnieje zielona wyspa – no właśnie jak Central Park w kamiennym morzu Manhattanu. Podobieństwa potęgują jeziorka, trawniki, alejki i mostki. Z kolei to, co Yoyogi od innych parków odróżnia, to niesamowite wielkie bramy tori z japońskiego cyprysu. Fantastyczne! No i ładna i klimatyczna szintoistyczna świątynia Meiji Jingū (明治神宮) dedykowana cesarzowi Meiji z lat 20. zeszłego wieku i jego żonie – cesarzowej Shoken. Ależ tam jest spokojnie i jakoś tak świeżo… Wiadomo tlen i zieleń. W sąsiedztwie świątyni znajduje się wewnętrzny ogród, gdzie w połowie czerwca kwitną tysiące irysów. No ale myśmy się spóźnili i irysow nie widzieliśmy. Widzieliśmy za to słyną studnię Kiyomasa, wykopaną 400 lat temu przez wielkiego dowódcę o tym właśnie imieniu. Studnia słynie, jak Japonia długa i szeroka, jako „miejsce mocy”. Fajny był ten park i byliśmy tam w komplecie dwa razy, w podzespołach nawet trzy!

AV5C5912

Park Yoyogi kōen najbardziej spodobał się Miłce.

AV5C5941

W miejscu, gdzie w 1910 roku lądował pierwszy w historii japoński samolot (za sterami kapitan Yoshitoshi Tokugawa), dziś rosną sobie ładne kwiatki! Park Yoyogi kōen, Shibuya, Tokio, Japonia.

 

Park jest na tyle duży, że sam w sobie jest różnorodny, a uliczki kręte, że łatwo się tam zgubić. Spacerując z wózkiem wśród zieleni mniej lub bardziej zadbanej, mijaliśmy to kruczą hordę, to grupkę dzieci, to ogródeczek jak u babci (cudo), to saksofonistę (ciekawe skąd ich tu tylu?) jednego lub drugiego. Wierzcie lub nie, ale niełatwo było nam przewidzieć, gdzie wyjdziemy, bo alejka, czasem zupełnie niepostrzeżenie zaginała w stronę, której się nie spodziewaliśmy.

 

Sami widzicie, że Shibuya jest różnorodna i ciekawa, ale całe Tokyo jest! Przenieśmy się więc – ruchem konika szachowego 😉 – do dzielnicy, w której centrum stoi dumnie „tokijska Wieża Eiffla”… Minato! (“Tokio Story: Minato & Ginza” > 3-ci link poniżej)

 

Inne teksty o Tokio tutaj:

Tokio Story: Asakusa (浅草)

Tokio Story: Shibuya (渋谷)

Tokio Story: Minato (港区) & Ginza (銀座)

Tokio Story: Shiodome (汐留)

Tokio Story: Ueno (上野)

Tokio Story: Odaiba (お台場)

Od metra możliwości, czyli jak jeździć po Tokio. 

Wielki Zegar Ghibli

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego

2 komentarze

Kasia Sz

Ola! Tekst super ciekawy i swietnie napisany a zdjecia piekne! Az chce sie pojechac do Japonii! Z mila checia bede tu do Was zagladac :):)

olamerecz

Super! Dzięki. Tekst jest Pawła a zdjęcia głównie moje. (no może napisałam też jakieś fragmenty ze wstępu ;)) Fajnie, że zaglądasz i fajnie, że się podoba. Buziaki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *