Gdy 11 listopada we Wrocławiu wypada

 

 

Wrocław. Most Grunwaldzki

Most Grunwaldzki. Tu w oddali widać te okrągłookne wieżowce.

Przeszedłszy Odrę Mostem Grunwaldzkim, do Wrocławia dotarliśmy wieczorową porą w wilię naszego ułańskiego Independence Day. Jeszcze przy wspomnianym moście poruszyły nas okrągłookienne wieżowce, które skojarzyły nam się filmem Farenheit 451 Truffaut. A potem zobaczyliśmy niezwykłą rzeźbę przedstawiającą ludzi wchodzących w chodnik (na rogu Świdnickiej i Piłsudskiego) i już wiedzieliśmy, że Wrocławia się nie zapomina. 

Wrocław.00_03_03_23.Still001

Wrocław. Ostrów Tumski.

Jeszcze wieczorem popędziliśmy czym prędzej na Rynek – po pierwsze coś zjeść (jednak pizza), po drugie poczuć wajba, a po trzecie – zrobić rekonesans w celu znalezienia najbardziej dyskretnego lądowiska na planowany nazajutrz tajny lot. Godzina piąta minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała z iphone’a, zerwała się głowa rodziny i chwyciwszy drona pod pachę, pogoniła przyjrzeć się dronim okiem wrocławskiej Starówce.

A później, już w komplecie, podziwialiśmy niepodległościową paradę, na którą złożyli się i zieloni ułani malowani, i wojacy z pobliskiego garnizonu uzbrojeni w beryle o pustych przezroczystych magazynkach, i konna reprezentacja wrocławskiej Straży Miejskiej, i kilkanaście klas szkolnych o różnym poziomie zaangażowania w krzewienie tradycji. Całości towarzyszyło wielokrotne wykonanie „To my Pierwszej Brygady”, przed którą uciekliśmy na czubek wieży kościoła garnizonowego pw. Św. Elżbiety. Fajna w obchodach Święta Niepodległości jest możliwość zobaczenia w jednym miejscu kilkudziesięciu harleyowców, narodowo-bogobojnych patriotów w beretach oraz otwartych gościnnie na oścież wozów strażackich, wliczając w to również pontonową motorówkę z mocnymi silnikami Yamahy na lawecie.

Wrocław.00_03_34_06.Still003

Wrocław. Braliśmy udział w Radosnej Paradzie.

Jak wiadomo, we Wrocławiu – od czasów happeningowców spod sztandaru Pomarańczowej Alternatywy – rządzą krasnoludki. Miasto z radością przytuliło niepokorny niegdyś, wymyślony przez Majora Fydrycha surrealistyczny krasnoludkowy etos, jako swój. Więc my, zaopatrzywszy się w odpowiednią mapę i ilustrowane vademecum, pogoniliśmy za dziatwą ogarniętą szałem odszukania jak największej liczby z ćwierci tysiąca metalowych brodatych figurek rozmieszonych jak Wrocław długi i szeroki. Jak długi i szeroki, Wrocław zachwyca także swoimi 117 mostami. Genialnie steampunkowy jest krwistoczerwony nitowany Most Piaskowy prowadzący na Ostrów Tumski. Tuż obok można wsiąść na rzeczny stateczek i popłynąć do matecznika legendarnych Państwa Gucwińskich. 

Wrocław.00_01_10_20.Still007

Wrocław. Zoo. Brama Japońska.

Wrocławskie Zoo ma staro-betonowe oldschoolowe klimaty, ale ma też hipernowoczesne Afrykarium, jakby żywcem przeniesione z jakiegoś Sydney czy innego San Diego. Kolejka za to była jak do Mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym – nasz życiowy Guiness. W środku eko-przestrzenie, wtedy jeszcze niemal bez zwierząt, niestety.

Wrocław.00_02_22_07.Still004

Wrocław. Afrykarium.

Objawieniem okazała się Panorama Racławicka – to naprawdę rusza bardziej niż ekranizacja Les Miserables!

Do Wrocławia wrócimy, także dlatego, że przegapiliśmy rzecz absolutnie fenomenalną – znajdujący się nieopodal Rynku przy ul. Jatki przesympatyczny Pomnik Ku Czci Zwierząt Rzeźnych, rzecz dla milusińskich podobno przeurocza. See U Breslau! 

P.

podziel się, nie bądź sknera 😉Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Written by mereczonthego

2 komentarze

Halina

Nie każdy umie się tak pięknie dzielić swoimi doznaniami. Gratuluje i dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *